P O D S U M O W A N I E    R O K U    2016



Tak jak przypuszczałam, parę dni przed zakończeniem roku dostałam zaproszenie na Sylwestra do Wspólnoty "ARKA" przy ulicy Jutrosińskiej we Wrocławiu. Pogoda w ogóle nie przypominała zimy, temperatury były dodatnie, a w przydomowych ogródkach zakwitły kwiatki. Tydzień przed zaczęło mi się nie układać z Magdą z "MOPSU". Wiecznie miała o coś pretensje, tak jakby to była moja wina, że jestem na wózku. 31 grudnia wystroiła mnie do wyjścia i ostentacyjnie orzekła, że jest ostatni raz. Przez głowę przemknęła mi tylko myśl, że dadzą kogoś innego, ale na razie nie zawracałam sobie tym głowy. Do "ARKI" zawiozła mnie Karolinka Soczynska, a Wojtek pomógł zejść. Nie wiem, jak to się stało, ale zgubiliśmy pilota od otwierania słupków przy bramie wjazdowej na podwórku. Rozpłynął się w powietrzu. Mimo tych wszystkich przygód zdążyłam na ciepłą obiadokolację. Przy stole i pięknej szopce poznałam nową asystentkę - Kingę - która wraz z Anią serdecznie się mną zajęła. Wymalowana i ładnie uczesana, tańcząc na pożyczonym wózku akumulatorowym Artura, bawiłam się na dużej sali do godziny drugiej rano. Oj, ciężka była pobudka, ciężka. Za oknem wraz z Nowym Rokiem 01 stycznia przywitał nas mróz i śnieg. Zadzwoniłam do Mamy z pytaniem, czy się wyspała, i po śniadaniu całą grupą poszliśmy na Mszę św. do kościoła Franciszkanów. Jest tam największa w Europie szopka. W drodze powrotnej biliśmy się śnieżkami. Trochę zmarzłam, mimo koca na kolanach. Odebrał mnie Janek Krasa z Marcinem.

I tak oto wróciłam do szarej rzeczywistości. Za oknem piękna, mroźna, zimowa pogoda, a ja nie mam porannej opiekunki z "MOPSU". Dnia 02 stycznia zastąpiła ją Pani Jola, która we wtorki i w piątki wychodzi z Mamą po zakupy. Przez następne dni toczyłyśmy walkę o to, aby ktoś zaczął do mnie rano przychodzić. Dołączyły się do tego lekarki z oddziału neurologicznego w szpitalu na Stabłowicach. 06 stycznia przez całą Polskę przeszły kolorowe Orszaki Trzech Króli. Pogoda dopisała, śnieg zaczął topnieć i miałam przyjemny spacer z Agatą, którą poznałam w Duszpasterstwie Akademickim "MACIEJÓWKA". Po drodze spotkałyśmy Wojtka z Ewą i z małą Emilką. Zebrałam parę papierowych koron dla dzieci z oddziału i poszłyśmy na dobry obiad. 07 stycznia poznałam nową opiekunkę z "MOPSU" - panią Dorotkę. Niby miła, młoda. Tylko czemu tak wcześnie zaczęła mnie budzić? Już od godziny 8.00 rano mam siedzieć na twardym stołku aż do wieczora? Nie podobało mi się to, gdyż moje pośladki odmówiły posłuszeństwa. A najgorsze było to, że myła mnie w gumowych rękawiczkach, bo tak Ją nauczyli w szkole.

Z pomocą tego dnia przyszła mi poznana w grudniu Pani Lucynka - emerytowana pielęgniarka. Mieszka blisko nas i szybko znalazłyśmy wspólny język, a ja miałam już sprawy higieniczne uregulowane. 08 stycznia odwiedziła mnie Agnieszka Rożek z nowym kalendarzem ściennym i flamastrami. Zrobiła mi też zdjęcie maskotek z serduszkami WOŚP, której kolejny finał zbliżał się wielkimi krokami. Tuż przed nim - 09 stycznia - wpadł Wojtek z wodą do picia i z pierogami na obiad. Dałam Im nowy kalendarz z Papieżem i maskotkę dla Emilki. Następnego dnia - 10 stycznia - wybrałam się z Jankiem do kościoła i na 24 FINAŁ WOŚP. Tym razem wolontariusze zbierali na sprzęt pediatryczny i godną opiekę seniorów. Zjedliśmy dobry obiad, a potem wysłałam paczkę na urodziny Karolince z Wałbrzycha. 11 stycznia po mojej rannej pobudce przez opiekunkę wpadła Agnieszka Rożek po zapomniane artykuły do oprawy. Za oknem ciepło i nic - oprócz obrazka w kalendarzu - nie przypomina zimy!

12 stycznia Dorotka podrzuciła mi po pracy obiady, a następnego dnia Emila ze Szczodrego przywiozła zabawki i dobre leczo.

14 stycznia wykąpana i świeża zamieniłam się w pierwszego w tym roku PAJACYKA i pojechałam busem Piotrka do szpitala na Stabłowice obdzielić dzieci maskotkami WOŚP. Radość była ogromna, a ja wróciłam do domu zmęczona, ale szczęśliwa. Niestety była to nasza ostatnia wyprawa, gdyż Piotrek wybiera się do Izraela. 15 stycznia Agnieszka podrzuciła mi oprawione artykuły, które bardzo ładnie wyszły. Następnego dnia ochłodziło się, a moja paczka dotarła do Karolinki. Natomiast Asia Bator przyniosła mi smaczną kurę z rożna.

Przez trzy kolejne dni - do 17 stycznia - odbywały się w mieście różne imprezy, a Wrocław został ogłoszony Europejską Stolicą Kultury. Odwiedziła mnie Pani Lucynka.

Chłodna aura nie zachęcała do spacerów, ale marzyłam o znalezieniu osoby, która by mnie raz w tygodniu zabierała regularnie na powietrze. Siedząc przy komputerze, nawiązałam kontakt z Beatą z Kamieńca Wrocławskiego, która była asystentką w "ARCE". Przyszła 18 stycznia przy paskudnej pogodzie. I tak oto do mojego pokoju wpadł promyk światła i pojawiła się możliwość opuszczania czterech ścian 20 stycznia sypnęło śniegiem, a mnie odwiedził Irek, aby ustalić dojazdy do dzieci, a Mariusz Jędrusik przyniósł jedzenie. W Dzień Babci - 21 stycznia - zadzwoniłam z życzeniami urodzinowymi i imieninowymi do Agnieszki od Marcina. Po sesji mają się do mnie odezwać. Przyjęłam to za dobrą monetę i czekałam.

W Dzień Dziadka - 22 stycznia - wybrałam się z Beatą do fryzjera, gdyż grzywka mi już za bardzo urosła. Miła Pani za niewielką kwotę obcięła mi siwe włosy, wyrównała za uchem i zaprosiła ponownie. Od razu się lepiej poczułam.

Z tej radości poszłyśmy na dobry obiad, a wejść po schodach pomogła Vita z Ukrainy. Zima nie odpuszczała, a ja 23 stycznia dałam Asi psycholog gumy do żucia dla dzieci oraz zaświadczenie o mojej niepełnosprawności, gdyż lekarki z oddziału chcą mi założyć Fundację. Może się uda?

Następnego dnia - 24 stycznia - niespodziewanie przyszła odwilż, a ja z Esterą i Jamiem wybrałam się do kościoła i po zakupy do "Kauflandu". 27 stycznia Pani Lucynka mnie wykąpała i przeszłyśmy na "TY". Tak będzie o wiele prościej. Następnego dzionka - 28 stycznia - przy wietrznej, ale ciepłej pogodzie (na termometrze plus 10 stopni) Andrzej od Irka zawiózł mnie jako drugiego PAJACYKA z zabawkami do dzieci do szpitala na Stabłowicach. Radość była jak zawsze duża, rozdałam wszystko co miałam, a z okazji zbliżającej się 15 rocznicy PAJACYKA na oddziale, poczęstowałam personel kupionymi pączkami. Tego też dnia jedna z lekarek zebrała papiery, aby założyć mi Fundację. Pieniążki będę mogła przeznaczyć na leki lub turnus rehabilitacyjny.

30 stycznia przyszedł ksiądz z kolędą. Przyznam się szczerze, że bardzo tego nie lubię, bo jeszcze nigdy nie udało mi się z Nim nawiązać kontaktu. A szkoda. Po Jego wyjściu zadzwoniłam do swojego księdza Grzegorza z Michalic i sobie porozmawialiśmy.

Ostatniego dnia miesiąca przy zimnej i wietrznej pogodzie Janek wziął mnie do kościoła, a potem poszliśmy do "CARREFOURA" po zakupy i coś zjeść. Efekt tego był marny, bo rozbolał mnie żołądek i Lucynka musiała przyjść z ratunkiem.

I tak 01 lutego rozpoczęły się ferie zimowe w naszym województwie. Niektóre, bogatsze dzieci powyjeżdżały na narty i obozy. Szkoda tylko, że w górach nie było śniegu. Mnie odwiedziła znajoma Ala Łagodzińska i przyniosła dobre jedzenie oraz nową poduszkę na krzesło, gdyż moja już się wysiedziała i było mi twardo. Niestety nie pasowała, bo za mała. Ostatnio stanowczo za dużo czasu spędzałam w pozycji siedzącej i wszystko mnie bolało. Wieczorem po ciepłej kąpieli szybko się położyłam. O, co za ulga dla pośladków.

02 lutego PAJACYK skończył 15 lat i z tej okazji, przy ciepłej pogodzie, odwiedziła mnie Beata z "ARKI". Spędziłyśmy razem miło czas.

Następnego dnia - 03 lutego - Wojtek z Martą przywieźli mi jedzenie i wodę, aby Mama nie dźwigała. Odezwał się też Marcin. Chciał mnie gdzieś zabrać z Agnieszką, ale ja idę do dzieci. No to przełożyliśmy spotkanie na czas po 15 lutego, bo gdzieś wyjeżdżają po Jej sesji.

04 lutego trzeciego PAJACYKA zawiózł do dzieci Mateusz - dawny asystent z "ARKI". Pokryło się to z Tłustym Czwartkiem w kalendarzu, a ja dołączyłam jeszcze do tego maskotki z serduszkami z okazji zbliżających się Walentynek, bo nie wiedziałam, czy potem będę miała jak się tu dostać? Razem z Joasią psycholog zjedliśmy drogi obiad w szpitalnym barze i pojechaliśmy z pączkami do Wspólnoty "ARKA". Akurat robili kartki wielkanocne. Do domu wróciłam padnięta, ale szczęśliwa.

Następnego dnia - 05 lutego- odwiedziła mnie Pani Bożena z Natalką. Znamy się z oddziału. Przywiozły parę maskotek i pierniczki dla dzieci. Miło.

Ciepła pogoda zachęcała do spacerów. 07 lutego Beata zabrała mnie na Mszę św., a potem na obiad. Porobiłyśmy zdjęcia, a wejść na górę pomógł nam Mariusz Jędrusik. Dwa dni później, w Ostatki, 09 lutego, odwiedziłyśmy Dorotkę w pracy, a potem był dobry obiad w studenckim barze "MIŚ".

I tak 10 lutego posypaliśmy swoje głowy popiołem i zaczął się 40-dniowy Wielki Post. 11 lutego w Światowy Dzień Chorego minęło pięć lat naszej znajomości z Marcinem i Agnieszką. Niestety nie odezwali się do mnie. Mówi się "trudno" i żyje się dalej. Tego też dnia Lucynka mnie wykąpała. Cały czas znajomi podrzucali nam coś do lodówki; 12 lutego wpadł Wojtek z naleśnikami i z zupą. Natomiast w Walentynki - 14 lutego - przy ciepłej, słonecznej pogodzie wybrałam się z Beatą do kościoła, a potem po obiedzie w barze "STP" szukałyśmy zakochanych. Porobiłyśmy zdjęcia, a wejść po schodach pomógł nam Piotrek. I tak oto zakończyły się ferie w szkołach. Myślałam, że wkrótce pojadę z kolejnymi zabawkami do dzieci, a tu 15 lutego we wrocławskich szpitalach ogłosili zakaz odwiedzin z powodu świńskiej grypy. No to koniec! Ludzie zaczęli na potęgę kichać, prychać i rozsiewać zarazki. Nawet było kilka zgonów. Trzeba więc ten okres przeczekać. Pozostały mi tylko spacery z Beatą i wypatrywanie wiosny. 19 lutego po zrobieniu zakupów wybrałyśmy się do Reni i Mariusza Jędrusików. Tak się złożyło, że Mariusz obchodził akurat 44 Urodziny. Poczęstowali nas dobrym omletem; był to przyjemny czas. Dali mi grubą poduszkę na moje twarde krzesło. Wieczorem dostałam paczkę od Hani z Anglii. Przysłała mi nowe skarpetki i rękawiczki, a dla dzieci słodycze. Tylko kiedy ja je oddam?

21 lutego poszłam z Beatą na Mszę u Dominikanów, a później pojechałyśmy do Wspólnoty "ARKA" przy ulicy Jutrosińskiej, gdzie czekali na nas domownicy i Mateusz z dobrym obiadem. Niektórzy kichali i kaszleli, ale na szczęście żadnego wirusa nie złapałyśmy. 23 lutego założyli mi subkonto w Dolnośląskiej Fundacji Ochrony Rozwoju Zdrowia, a od Dorotki dostałam zabawki. 25 lutego sypnęło śniegiem, a mnie odwiedził Piotrek od busa, który wrócił z Izraela. Pokazał mi piękne zdjęcia z Ziemi Świętej. Przy cieplejszej nieco sobocie - 27 lutego - wybrałam się z Tomkiem na zakupy do centrum handlowego "Auchan" na Bielanach. Wydałam wszystkie pieniądze, a wieczorem Lucynka zrobiła lewatywę.

28 lutego Beata zabrała mnie do kościoła, a potem na spacer, bo pogoda była istnie wiosenna. Nie miałyśmy z kim się dostać do domu, ale Wojtek przyjechał aż z Psiego Pola. Następnego dnia - 29 lutego (bo to rok przestępny) - wysiadła nam żarówka i wpadł Piotrek Stanisławski. Przy okazji oczyścił mi kółka w stołku, a ja odebrałam telefon od Marcina, który znowu coś tam zaczął mi obiecywać. Znudziło mi się to i orzekłam, że nie chcę takiej znajomości czy przyjaźni. W odpowiedzi na to dostałam smsa, iż zachowuję się jak rozwydrzony bachor. O, to już było przegięcie.

W nowy, marcowy miesiąc wkroczyłam z Irkiem, który nas odwiedził przy śnieżnej pogodzie. 02 marca Beatka z "ARKI" przyniosła mi obiady z baru. Ze względu na chorobę swojej Mamy miała już dla mnie coraz mniej czasu. Szkoda, bo znowu nie wyjdę z domu. Aby czymś się zająć, zaczęłam myśleć o zbliżających się Świętach Wielkiej Nocy. Wpadłam na pomysł, aby na FB ogłosić zbiórkę jajek niespodzianek. Pierwsza zareagowała Renia z Ukrainy i odwiedziła mnie 03 marca, w dniu urodzin Bożenki z Kalisza. Rano złożyłam Jej życzenia, a w południe wypiłam herbatkę z gościem, bo dała mi pięć jajek. I tak się zaczęło moje gromadzenie. Tego też dnia Lucynka mnie wykąpała. Cały czas walczyłam z twardym stołkiem, na którym siedziałam. Już nie pomagała żadna poduszka. 05 marca zlitował się nad moją obolałą pupą Piotrek Stanisławski i w sobotę rano poszliśmy szukać nowego krzesła. Pogoda nam dopisała, bo zrobiło się ciepło, a krzaki zaczynały wypuszczać zielone listki. Niektóre sklepy były pozamykane, a myśmy doszli do meblowego salonu "JYSK" przy ul. Brücknera. Daleko, ale opłaciło się, bo wybrałam stołek za 175 zł. Jeden z najlepszych i najtańszych jakie były. Potem poszliśmy do "Korony" na obiad i tam kupiłam 10 jajek niespodzianek po 2zł 65 gr.

Następnego dnia - 06 marca - Beatka zabrała mnie na rekolekcje w "ARCE". Było to ostatnie nasze spotkanie. Jakby niepowodzeń było mało, 07 marca odeszła ode mnie poranna opiekunka z "MOPSU". No i się zaczęło łatanie dziur. A to Pani Jola wpadła, a to Lucynka. Na dodatek kupione krzesło okazało się złe, bo kółka się nie obracały po dywanie i Piotrek odwiózł je do sklepu. W Dzień Kobiet - 08 marca - Jacek z Beatą przynieśli bukiet tulipanów. 11 marca przyznano mi nową opiekunkę - Panią Anię. Nawet sympatyczna. Myślałam, że jakoś pomoże nam przetrwać reorganizację "MOPSU" (od kwietnia ma przejść w inne ręce) , ale już od poniedziałku się nie pokazała. No i co? W weekendy się ostała Pani Jola - opiekunka Mamy - a w tygodniu rano pomagała mi Lucynka. 12 marca odwiedziła mnie Asia Bator, a wieczorem podcięłam grzywkę i się wykąpałam.

W niedzielę 13 marca, w imieniny Bożenki z Kalisza, Estera z Mężem wzięła mnie do kościoła, a potem do "Kauflandu" po czekoladowe zające. Po południu Janek Krasa przywiózł mi od Marka czekolady z motywem świątecznym dla dzieci. 14 marca spakowałyśmy z Mamą maskotki zające, bo dr Ujma zgodziła się, abym mimo trwającego nadal zakazu odwiedzin w szpitalu przyjechała w czwartek na oddział. Po południu wpadła do nas Ciocia Tusia i przyniosła bazie do flakonu oraz zająca z czekolady. I tak zaczął powstawać mój stroik wielkanocny. Wieczorem wpadł Piotrek Stanisławski i przywiózł mi to samo krzesło, tylko z lepiej obracającymi się kółkami. Chodziło tak lekko, że trudno było mnie na nim posadzić.

Montowanie nowego nabytku ukwieciła mi Agnieszka Tusznicka, wysyłając dziwne sms-y. Zarówno Ona, jak i Marcin, nie mieli zielonego pojęcia o moich problemach. Po paru dniach zaczął mnie boleć kręgosłup, ale już nic nie mówiłam.

15 marca Lucynka mnie rano umyła i ubrała przy ciepłej pogodzie, a Wojtek po pracy przywiózł mi naleśniki i czekoladowe jajka niespodzianki. 16 Marca, zmęczona już tą sytuacją, zadzwoniłam do Magdy z "MOPSU", prosząc o pomoc. Po południu odwiedziła mnie Jola z Arkiem ze Świdnicy i Agata z "MACIEJÓWKI". Dostałam dużo słodyczy dla dzieci, a do naszej lodówki trafiły pierogi i ryż z warzywami. W czwartek - 17 marca - przyjechał Mateusz z Kłodzka i wziął czwartego PAJACYKA do szpitala na Stabłowicach. Szybko rozdaliśmy dzieciakom wielkanocne maskotki, jajka niespodzianki, czekolady oraz balony. Radość była nie do opisania. Niestety nie zastałam chorej Joasi psycholog, ale powiedzieli mi o zniesieniu zakazu odwiedzin. Złożyłam życzenia personelowi i pojechaliśmy do Wspólnoty "Arka" po obiad dla Artura, który wylądował z zapaleniem płuc w szpitalu przy ul. Koszarowej. I tak oto zwiedziłam następną placówkę leczniczą. Nakarmiliśmy Go i padnięta wróciłam do domu.

18 marca przyszła rano Magda z "MOPSU" i powiedziała, że pomoże mi do Wielkiego Czwartku. Mogłyśmy więc z Mamą spokojnie przygotować się do Świąt. Za oknem ochłodziło się, w moim stroiku przybywało gałązek, a w sobotę - 19 marca - odwiedził nas ks. Grzegorz z Michalic. Przywiózł nam dary Boże w postaci jajek od kury i artykułów spożywczych. Niestety nie miał czasu posiedzieć, bo po peregrynacji nowego biskupa śpieszył się na Mszę. Szkoda, bo miałam Mu tyle do powiedzenia. Dałam tylko zaległy prezent imieninowy i pojechał. 20 marca przy rozpoczęciu astronomicznej wiosny Janek zabrał mnie do kościoła. Potem mimo zimnej, nieprzyjemnej pogody poszliśmy po zakupy do "CARREFOURA", a na górę pomógł wejść Piotrek.

21 marca nadeszła kalendarzowa wiosna i dzień wagarowicza. Dzieciaki ze szkół topiły Marzannę. W Wielki Czwartek 24 marca pożegnałam Magdę z "MOPSU", a Lucynka mnie wykąpała.

W ten sposób przygotowałam się do Świąt, a jak jeszcze 25 marca Tomek Jarek zabrał mnie do kościoła na Liturgię Męki Pańskiej, gdzie spotkałam Agatę (siostra Agnieszki) i Filipa z Warszawy, to byłam cała szczęśliwa. W ciepłym łóżku znalazłam się bardzo późno, bo po modlitwie przeszliśmy się po tętniącym życiem rynku. W Wielką Sobotę 26 marca Mariusz Jędrusik i Asia Bator z Mamą przynieśli nam jedzenie oraz świeże gałązki do flakonu, a Piotrek Stanisławski pchnął zegarki o godzinę. I tak przeszliśmy na czas letni.

W Wielkanoc - 27 marca - pogoda nas rozpieściła. Zrobiło się gorąco i słonecznie, a my z Mamą pojechałyśmy do Jacka i Beaty na świąteczne śniadanie, a wieczorkiem wpadła do mnie Lucynka. Drugiego dnia świąt 28 marca, przy pięknej, ciepłej aurze - w Śmigus Dyngus - Pani Jola mnie rano ubrała i poszłam do Ali i Piotrka Stanisławskich na spóźnione śniadanie. Poczęstowali mnie jarmużem na gorąco. Nigdy czegoś takiego nie jadłam. Niestety w poświąteczny wtorek - 29 marca - ochłodziło się. Rano poznałam pięknego psa Lucynki rasy Beagle (czyt. Bigiel) o wdzięcznym imieniu Atos. W południe odwiedziła nas Ciocia Irena z Katowic z pięknymi słodyczami. Porozmawiałyśmy sobie o codziennych sprawach, a za oknem rozszalała się pierwsza, wiosenna burza. Marzec pożegnał nas zimną, nieprzyjemną pogodą.

30 marca wpadła Pani Bożena Świech (znamy się z oddziału) i przywiozła mi śliczne zabawki i kolejne zające z czekolady dla dzieci z oddziału. Zaczęłam się martwić, z kim się znowu dostanę na te Stabłowice. Ostatniego dnia miesiąca rano ubrała mnie Lucynka, a po południu pomogła w toalecie.

Wszystkie byłyśmy już zmęczone tą sytuacją w "MOPSIE", bo Pani Jola 01 kwietnia też już zrezygnowała z robienia zakupów z Mamą. Z tego powodu zaczęłam szukać jakiejś nowej formy opieki. Dorota Gudaniec ze Stanowic podała mi kontakt do Stowarzyszenia "AKTYWACJA". I tak oto zaczęły się nasze negocjacje, w których pomagała nam Beata z Jackiem. Przyznam się szczerze, że już się pogubiłam w papierkach, w osobach i tak dalej, już nie wspominając o 88-letniej Mamie. Dlatego też postanowiłam to oddać w ręce Beaty i Jacka, którzy odwiedzili nas 02 kwietnia. Życie jednak toczyło się dalej i w niedzielę 03 kwietnia, przy ciepłej pogodzie, Irek z Moniką zabrali mnie do kościoła, a potem na zakupy do "KAUFLAND - u" i pyszną pizzę do Rynku. Przez parę godzin mogłam odpocząć od problemów domowych. 05 kwietnia w rannym ubieraniu mnie Lucynkę zastąpiła miła, młoda Paulinka po studiach psychologicznych. Niestety była u mnie tylko cztery dni, a Mama ledwo wróciła sama z zakupami. W międzyczasie Lucynka mnie wykąpała i próbowała doradzić, co z tym wszystkim robić? W czwartek - 07 kwietnia - wyrwałam się z Piotrkiem od busa i z Irkiem do dzieci jako piąty PAJACYK. Po drodze, przy ciepłej pogodzie, zostawiliśmy stare krzesło u tapicera. Na oddziale spędziłam parę miłych godzin, a personel wraz z dr Ujmą zastanawiał się, jak mi pomóc w szukaniu opieki? Szczęśliwe dzieciaki wzięły wszystkie balony i zabawki oraz szalały z czekoladowymi zającami. Wracając, odebraliśmy obity stołek za 185 zł. Wizualnie było zrobione ślicznie, ale po paru dniach siedzenia wróciłam na to kupione w "JYSK- u", bo jest bardziej miękkie.

08 kwietnia przyszła ostatni raz Paulinka, umyła mnie, ubrała i poszła z Mamą po zakupy. I znowu nie wiedziałam, co mnie czeka od poniedziałku. Lucynka zrobiła mi lewatywę i trochę ze mną porozmawiała, a Wojtek podrzucił wodę i jedzenie.

Dnia 09 kwietnia Lucynka mnie rano ubrała i umyła, a w południe przyszła Beata z Jackiem z docelową już opiekunką z "AKTYWACJI", Panią Olą. Na pierwszy rzut oka miła osoba. Pod wieczór odwiedziła mnie Karolinka Soczynska i przywiozła nam makaron oraz zabawki. Poprosiłam ją, żeby obcięła mi grzywkę oraz paznokcie.

10 kwietnia, w szóstą rocznicę katastrofy smoleńskiej, w zimną, nieprzyjemną pogodę, Wojtek z Ewą zabrali mnie do kościoła, a potem na smaczne naleśniki z lodami i owocami w Galerii Dominikańskiej. Pyszne to było. Zejść i wejść po schodach pomógł nam mój kolega Jędrek, który studiuje w Szkocji i na parę dni przyleciał do Polski. Dawno Go nie widziałam, więc była okazja, aby porozmawiać. Umówiliśmy się na wspólny spacer.

I tak to się plotło to nasze życie, przy zmiennej, kwietniowej pogodzie. Ola wprawiała się w opiece przy mnie, a 12 kwietnia poszła z Mamą po zakupy. Po południu zjawiła się nowa opiekunka z przekształconego "MOPSU" - Pani Sylwia. Na ratunek pospieszyła Beata. Zrezygnowałyśmy z ich usług, a w czwartek, 14 kwietnia, poznałam miłego Pana Piotra - Prezesa "AKTYWACJI" - i w obecności Beaty podpisałyśmy miesięczną umowę (oprócz czwartków i weekendów, bo nie mieli nikogo na te dni). Doraźnie pomagała mi Paulinka, a soboty i niedziele Lucynka. I tym sposobem nasze życie powolutku się stabilizowało.

15 kwietnia, w zimną, deszczową pogodę Mama poszła z Olą po zakupy, a ja walczyłam z pisaniem tego oto "PODSUMOWANIA ROKU". Aby troszeczkę odpocząć od komputera, 16 kwietnia wybrałam się z Jędrkiem na otwarcie Bulwaru Dunikowskiego nad Odrą. Ślicznie go zrobili, tylko pogoda nam nie dopisała. Cały czas mżył deszcz. Zjedliśmy za to w barze dobry obiad. Szkoda, że za parę dni Jędrek wraca do Szkocji. A tak przy okazji, jak już piszę o swoich zagranicznych znajomych, to Marta wraz z Mężem mieszkają w Chinach. Niedługo powiększy Im się rodzinka. Od czasu do czasu spotykamy się na Skypie. Natomiast Hania w Anglii - siostra Tadka z Chrząstawy Wielkiej - spodziewa się drugiego dziecka.

17 kwietnia zaczęło się nieśmiało ocieplać, a Estera i Jamie zabrali mnie do kościoła i po zakupy do "KAUFLANDU", natomiast po południu wpadła Asia Bator. Dawnośmy się nie widziały, więc było o czym pogadać. Wieczorem zadzwoniła Agnieszka Marcina i zaproponowała, że następnego dnia pójdziemy na spacer. Przyznam, że miałam mieszane uczucia po naszych ostatnich przejściach, ale odwołałam kąpiel i 18 kwietnia poszliśmy na dobre lody w "Tralalala", a ja podcięłam sobie włosy u fryzjera. 19 kwietnia rano Ola mnie ubrała, a potem przyszła Beata z pracownicą przekształconego "MOPSU", aby rozwiązać z nami umowę. W czwartek - 21 kwietnia - Paulinka wystroiła mnie w nową bluzę polarową i jako szósty PAJACYK pojechałam z Piotrkiem do dzieci w szpitalu na Stabłowicach. Radość była jak zawsze ogromna, a i pogoda dopisała, bo wyszło słońce. Niestety przenikliwy wiatr dawał uczucie chłodu.

Dzieci się ucieszyły, bo miałam kolorowe maskotki i jeszcze świąteczne słodycze. Wszystko się w mig rozeszło, a w domu, gdzie dotarłam z Andrzejem, czekała na mnie nowa porcja ślicznych zabawek od znajomej, której córeczkę poznałam w szpitalu.

22 kwietnia Ola mnie umyła, ubrała, tradycyjnie zrobiła z Mamą zakupy, a Dorota przyniosła mi obiady z baru. Wieczorem wykąpałam się. Natomiast 23 kwietnia rano odwiedził mnie… Atos z Lucyną, która cały czas dbała o moją higienę osobistą.

Pogoda, jak to w przysłowiowym kwietniu, zmienną jest. Raz ciepło, za chwilę chłodno i kropi deszcz. Zieleń się rozbuchała i robi się pięknie. 28 kwietnia rano Ola mnie ubrała, a w południe przyszedł Janek Krasa i zabrał mnie po zakupy do centrum handlowego "MAGNOLIA". Zanim jednak tam dojechaliśmy, zwiedziłam nowo otwarty super- Dom Pomocy Społecznej "Angel Care" przy ulicy Dyrekcyjnej, tuż koło dworca autobusowego. Położenie idealne - w centrum Wrocławia, ale ceny z kosmosu. Pokój jednoosobowy z łazienką - 6.000 zł, a dwuosobowy - 3. 000 zł miesięcznie. Właściciel tych domów to jakiś bogaty Izraelczyk. Elegancka obsługa, recepcja, tylko pytam się grzecznie i uprzejmie: kogo na to stać? Skorzystałam tylko z WC i ruszyliśmy w dalszą drogę z aparatem fotograficznym. Po dobrym obiedzie w "MAGNOLII" zrobiłam zakupy do domu, a dla dzieci z oddziału wybrałam 30 czekolad na Dzień Dziecka.

29 kwietnia zaczęło się ocieplać, Mama wyszła z Olą po zakupy, a Beata podrzuciła nam wodę przed nadchodzącą majówką. Po południu jeszcze Wojtek przywiózł dwie butle. Zostałyśmy więc zaopatrzone. Wieczorem Lucynka mnie wykąpała, a rano ostatniego dnia miesiąca ubrała rano.

Pierwszomajowa niedziela zaczęła się chłodną, ale słoneczną pogodą. W Rynku pobito Rekord Guinnessa w grze na gitarze, a Paweł zabrał mnie po kościele do swojego ogrodu w Ramiszowie. Na świeżym powietrzu zjedliśmy dobrą pizzę. 02 maja rano, w Dzień Flagi, Ola mnie ubrała i zabrała Mamę po zakupy przed kolejnym świętem. Ze smutkiem muszę stwierdzić, że mimo szczerych chęci nie mogłam znaleźć z Nią wspólnego języka. Codziennie rano wylewała na mnie litry płynu do mycia. Pieniłam się więc ze złości, a jak zwracałam uwagę, to nie reagowała. Dałam więc spokój i cierpliwie czekałam na pierwszą fakturę do zapłaty. Mama też miała Jej wiele do zarzucenia i z łezką w oku wspominała Panią Jolę z "MOPSU".

03 maja - w 225 Rocznicę uchwalenia Konstytucji 3-go Maja - Lucynka mnie rano umyła i ubrała. Z Mamą spakowałyśmy kolejną porcję zabawek na czwartek. Irek pojechał na wycieczkę na Białoruś, a mnie umówił z Piotrkiem od busa i z Andrzejem.

04 maja przy zimnej, nieprzyjemnej pogodzie Beata wpadła z rachunkiem z "AKTYWACJI". Przeraziłam się - 435 zł - a Wojtek z Martą przynieśli mi kolejne obiady i pytali się, co Ola tyle u nas robi? Ta suma jest kompletnie nieadekwatna do Jej usług i czasu, który z nami spędza. Od tego momentu trzeba pisać na kartce ile jest.

05 maja rano ubrała mnie i pojechałam jako siódmy PAJACYK do szpitala na Stabłowice. Dzieciaki jak zawsze ucieszyły się z przywiezionych przeze mnie zabawek, a ja dostałam wiadomość od Mamy Igorka z Ostrowa Wielkopolskiego, że przedszkolaki z jego grupy zebrały dla mnie maskotki i artykuły papiernicze. Mały 30 maja ma być w szpitalu i wtedy je przywiozą. Miło. Zrobiłam piękne podziękowanie maluszkom. Naładowałam swoje akumulatory i po paru godzinach wróciłam przed komputer, aby przelać swoje wrażenia na papier. Teraz już chyba pojadę tam z dużymi zabawkami i czekoladami z okazji Dnia Dziecka.

I tak to się plecie to moje życie na drugim piętrze, Mama coraz słabsza, choć nigdy do tego się nie przyznaje. Robi zakupy z Olą, a ja czekam, co będzie dalej? Ludzie pouciekali, bo nie chcą mnie dźwigać po schodach, o każde wyjście muszę walczyć. Znudziło mi się to i nawet straciłam ochotę na kąpiel.

08 maja odwiedziła mnie Asia Bator . Poprosiłam więc nieśmiało Piotrka Stanisławskiego, który dzień wcześniej wymienił mi tusz w drukarce, aby wziął mnie na spacer. Wszyscy troje poszliśmy do pięknego Ogrodu Botanicznego, nie płacąc za wstęp ani złotówki. Było naprawdę pięknie, a kwitnące krzewy i roślinki odurzyły nas swoim zapachem. Zdjęcia wyszły fantastycznie. Mogłam się nimi pochwalić Tomkowi Jarkowi, bo 09 maja przyniósł mi dobre kabanosy, a 10 maja wpadła Ada z Ramiszowa z obiadami. W dniach 12-15 maja przyszli w kalendarzu Zimni Ogrodnicy, a mnie w tym czasie (13-go) odwiedziła Irenka Piosik, która w czerwcu jedzie do sanatorium w Lądku-Zdroju. Z kolei 14 maja, przy słonecznej, wietrznej pogodzie, w całej Polsce odbyła się Noc Muzeów. Eksponaty można było podziwiać za darmo.

Im cieplej na dworze, tym więcej we Wrocławiu różnych imprez, a w lipcu przyjedzie do naszego kraju Papież Franciszek na Światowe Dni Młodzieży.

W niedzielę - 15 maja - w Zielone Świątki i imieniny Zofii, przy niespecjalnej pogodzie odwiedziła mnie Ewa Poreda z dobrą sałatką jarzynową. Dawnośmy się nie widziały, więc było o czym porozmawiać. Od poniedziałku 16 maja ochłodziło się, a my z Mamą spakowałyśmy pięć toreb zabawek na Dzień Dziecka. Wybrałam same duże, nowiutkie i myślę, że dzieciaki z oddziału neurologii w szpitalu im. Marciniaka przy ulicy Fieldorfa we Wrocławiu ucieszą się. Tego też dnia Lucynka ufarbowała mi włosy na kolor czekoladowy. I tak sobie żyłam w chłodnym maju, czekając na lepsze dni, a Mama robiła zakupy z Olą. 18 maja Dorotka Łobodzińska przyniosła mi obiady z baru.

Ku mojej radości powoli zaczęło się ocieplać. Humor psuło mi tylko coraz bardziej bolące dziąsło albo ząb. Od miesiąca nie mogłam nic gryźć. Oczywiście wizyta u stomatologa napawała mnie strachem - i tak chodziłam. Zauważyli to Marcin z Agnieszką, którzy 19 maja zabrali mnie do fryzjera i po zakupy. Podcięłam sobie grzywkę, a w Hali Targowej kupiłam kolorowe lizaki dla dzieciaków. Na koniec spotkania poszliśmy na dobrą pizzę. Co mi z tego, jak ja przy każdym kęsie odczuwałam ból. Zobligowali mnie do tego, abym szybko skontaktowała się z Ojcem Jędrka i umówiła wizytę w gabinecie tortur. I tak też zrobiłam, bo nie pomagały już żadne mazidła, które stosowała Lucynka. I tak oto 21 maja pożegnałam się ze wszystkimi i z drżącym sercem pojechałam z Marcinem na Psie Pole. Znana mi już dentystka ze swoją asystentką szybko znalazły przyczynę bólu. Był nią kamień wrzynający się w dziąsło. Przy podwójnym znieczuleniu usunęły mi go i poczułam ulgę. W nagrodę dostałam Dyplom Zdrowego Uśmiechu. Potem odwiedziliśmy Ewę i Wojtka z małą Emilką, bo blisko mieszkają. Następnego dnia - 22 maja - zabrali mnie do kościoła przy pl. Dominikańskim, na obiad (pyszna golonka) i do parku im. Stanisława Tołpy. Akurat zorganizowali tam zabawy i konkursy dla dzieci z okazji zbliżającego się Dnia Dziecka. Trochę się opaliłam, bo słońce nieźle przypiekało, spotkałam wielu znajomych i wróciłam do domu, gdzie odwiedziła mnie Ewa Poreda z Mężem. 24 maja złożyłam życzenia imieninowe wszystkim Joasiom, a Mariusz Jędrusik podrzucił mi jedzenie przed kolejnym, majowym długim weekendem. 25 maja Lucynka mnie wykąpała i kupiła śliczny kwiatek w doniczce dla Mamy z okazji Dnia Matki. Oprócz tego 26 maja w Boże Ciało przyjechała Beata z Jackiem i dali torcik z alkoholem oraz oryginalną biedronkę z czekolady.

Następnego dnia - 27 maja - zaczęły się perypetie z Olą, która po prostu sobie nie przyszła. Na szczęście Lucynka nigdzie nie wyjechała i pomogła mi wstać z łóżka, a w południe wzięła Mamę po zakupy przy upalnej pogodzie. Znudziło mi się już znosić humory opiekunki i zadzwoniłam do Pana Piotra - Prezesa "AKTYWACJI" - aby delikatnie naświetlić Jej zachowanie. W sobotę 28 maja odwiedziła mnie Paulinka z zabawkami, a Asia Bator przyniosła kurę z rożna. Przy smacznej biedronce z czekolady trochę sobie porozmawiałyśmy. I tak oto nastała słoneczna niedziela - 29 maja - kiedy to Irek zabrał mnie do kościoła, a potem do Smolca, gdzie w Ich pięknym ogrodzie urządziliśmy sobie Dzień Dziecka. Były lody i zimne koktajle owocowe. Pobawiłam się z czarną, sympatyczną Funią, a do domu wróciłam pociągiem, co mi się podobało.

Niestety miłe chwile trwają stanowczo za krótko i trzeba odnaleźć się w szarej rzeczywistości. 30 maja rano przyszła skruszona Ola w dziwnym stanie nieważkości. Nie miała nic na swoje usprawiedliwienie. Tuż po Jej wyjściu odwiedził nas Pan Piotr - Prezes "AKTYWACJI", z którym się umówiłam. Wysłuchał nas spokojnie. Zmartwił się, bo na razie nie ma innej opiekunki. Dlatego też On sam będzie chodził z Mamą po zakupy. Wieczorem Piotrek Stanisławski przykręcił mi wieszak na ręczniki. Natomiast 31 maja przy pięknej pogodzie spotkała mnie miła niespodzianka. Po powrocie Mamy ze sklepu odwiedził mnie Igorek z Rodzicami. Przyjechał z Ostrowa Wielkopolskiego do kontroli w szpitalu. Przywieźli mi dużo zabawek i artykułów papierniczych oraz piękną laurkę od przedszkolaków. No to będę miała co rozdawać w nowym roku szkolnym.

Niestety tak to już w życiu jest, że nie wiemy co nas czeka. 01 czerwca w Dniu Dziecka przy upalnej pogodzie zawalił mi się świat. Z nieprzyjemnej rozmowy telefonicznej z Asią psycholog dowiedziałam się, że daję dzieciom brudne maskotki, których potem nikt nie chce zabierać do domu. A tak w ogóle to ja potrzebuję opiekuna na oddziale. Zatkało mnie. Ot i doczekałam się po 15 latach służby u dzieci. Po południu dostałam obiady od Wojtka i Marty.

Dnia 02 czerwca bez specjalnego entuzjazmu pojechałam z Piotrkiem od busa do szpitala na Stabłowice jako ósmy PAJACYK. Dzieciaki się ucieszyły, Rodzice dziękowali, ale personel nie był szczęśliwy. I tak oto pożegnałam się z łezką w oku z tym, co nadawało sens mojemu życiu. I co dalej, szary człowieku? Nie mogę przecież zaprzestać tej działalności, bo nie zostanie mi nic. A co z kontaktami przez FB? Nie! Nie dopuszczę do tego!

Zaczęłam myśleć, jak mądrze wybrnąć z tej sytuacji? Domowe życie toczyło się jednak dalej. 03 czerwca przyszła rano Ola, a pan Prezes zrobił z Mamą zakupy i przyniósł rachunek - 450 zł. 04 czerwca Lucynka była u mnie dwa razy i pomogła w czynnościach higienicznych. W niedzielę 05 czerwca przyjechał Mateusz z Kłodzka (pracuje w Niemczech jako opiekun) i zabrał mnie na piknik z okazji 15-lecia Wspólnoty "ARKA" przy ul. Jutrosińskiej. Po Mszy św. był grill, przedstawienia, rozmowy na powietrzu. I wtedy poznałam nową dyrektorkę - Agnieszkę. Przemiła osoba. Wracając do domu, odwiedziłam Lucynkę, która przedstawiła swoją drugą córkę, Malwinkę, i wnuczkę Ninkę.

Cały czas kombinowałam, co zrobić z tymi zabawkami i rzeczami piśmienniczymi. W sukurs przyszła prof. Alicja Chybicka i 08 czerwca dała mi namiary do Pani Natalki z sekretariatu nowej Kliniki Transplantacji Szpiku i Hematologii Dziecięcej - "Przylądek Nadziei" przy ulicy Borowskiej we Wrocławiu. Nigdy tam jeszcze nie byłam. Teraz wystarczyło się tylko umówić. Tego też dnia Dorotka Łobodzińska przyniosła mi z baru obiady, a Lucynka pomogła w toalecie. Za oknem skumulowały się dwie masy powietrza, co spowodowało burzę.

Dnia 10 czerwca telewizję polską opanowało EURO, czyli Mistrzostwa Europy w Piłce Nożnej rozgrywane we Francji, a ja chciałam pójść z kimś na otwarty już w maju Jarmark Świętojański na Rynku. 11 czerwca poprosiłam Piotrka Stanisławskiego, aby się tam ze mną przeszedł. Uwieczniłam kolorowe stragany na zdjęciach, kupiłam sobie oscypka i prezent urodzinowo - imieninowy dla Lucynki. Sama wzbogaciłam się o nowy zegarek na biurko za 50 zł. Z Alą (żoną Piotrka) z pięknym psem Parysem poszliśmy na dobry obiad i lody ekologiczne. Schody pomógł nam pokonać Tomek Jarek. Przy upalnej niedzieli - 12 czerwca - Lucynka mnie rano umyła i ubrała. Za to w południe wpadła Beata z Jackiem oraz Młoda Para - Krzysiek z Anetą i zaprosili nas na swój ślub w Lwówku Śląskim 24 września. Wesele będzie w Pałacu Brunów. Muszę sobie tylko poszukać jakiejś towarzyszki, bo Mama niestety na takie imprezy już się nie nadaje. Wieczorową porąPolacy wygrali mecz z Irlandią Północną 1:0. Brawo! 13 czerwca Ola przygotowała mnie do dnia, Wojtek podał Mi obiady z pracy, a Piotrek naprawił wieszak w łazience.

14 czerwca, przy chłodnej, deszczowej pogodzie Ola mnie rano ubrała, a Mama zrobiła zakupy z Panem Prezesem. Potem pilotowałam Mateusza z Kłodzka, który rano wyjechał rowerem do Wrocławia. Wypompowany ze zmęczenia zjawił się u mnie godz. 20.00 i poszliśmy na urodzinową pizzę z dużym piwem do Rynku. Do domu było nam trudno wrócić późną porą, bo chodniki dziwnie uciekały nam spod nóg. I wtedy to widziałam Mateusza ostatni raz, bo już szykował się na wyjazd do Niemiec. Następnego dnia - 15 czerwca - zmarła nasza sąsiadka z parteru. Miała 91 lat. Szkoda. Po południu odwiedziła nas Ciocia Tusia i przyniosła dobre czekoladki. Wieczorem trzeba było je jakoś usunąć z organizmu i w tym pomogła mi Lucynka. 16 czerwca odwiedziła mnie Asia Pachla z Wałbrzycha, która szuka tu pracy i mieszkania, a polscy piłkarze zagrali z Niemcami. Wynik meczu 0 : 0.

W międzyczasie toczyłam negocjacje z Panią Natalką z nowej Kliniki Transplantacji Szpiku, gdzie 17 czerwca po Mamy zakupach zawiózł mnie Irek. Dla dzieci zabrałam trochę bloków, kredek i cukierków. W "Przylądku Nadziei" przyjęły mnie dwie miłe Wychowawczynie, z którymi odwiedziłam pozamykane w sterylnych salach biedne dzieciaki. Rozdałam to, co miałam, wypisałam laurkę imieninową dla prof. Chybickiej, która już mi zwiała z pracy i szybko uciekałam, aby się nie poryczeć. To chyba nie jest odpowiednie miejsce dla "PAJACYKA". Wracając do domu wstąpiłam z Irkiem na dobry obiad w barze przy ulicy Traugutta. Wrażenia przelałam na papier.

Dzień przed swoimi urodzinami - 18 czerwca - Asia, Wojtek i Ewa zabrali mnie na piknik do sióstr Boromeuszek przy ulicy Rydygiera. Mają tam "Okno Życia" dla porzuconych dzieci. Niestety zabawy i grilla na wolnym powietrzu zepsuła nam burza i trzeba było uciekać. Po drodze kupiłam tort ze świeczkami. I tak oto 19 czerwca skończyłam 54 lata. Rano dostałam od Lucynki piękne, własnoręcznie wykonane korale. Niespodziankę zrobiła mi też Asia z Rudy Śląskiej. Niedawno wyszła za mąż i jako stewardessa lata w chmurach, a że lot miała z Wrocławia, to odwiedziła mnie z pięknym flakonem pełnym kwiatów. Oprócz tego była moja nauczycielka od matematyki, a wieczorkiem przyszli Ala i Piotrek Stanisławscy. Miło, że pamiętali, a ja padłam ze zmęczenia.

Za oknem robiło się coraz cieplej, a mnie 20 czerwca odwiedził ks.

Grzegorz z Michalic i przywiózł świeże mleko i jajka od kury. Szkoda tylko, że nigdy nie ma czasu na dłuższą rozmowę. Za to po południu poznałam Dominiczkę - najmłodszą córkę Lucynki, która wróciła z zagranicy. Fajna dziewczyna. Szybko znalazłyśmy wspólny język. I tak oto dobrnęłam do 21 czerwca - najdłuższego dnia w roku. Złożyłam życzenia imieninowe wszystkim Alicjom, a Polacy zwyciężyli z Ukrainą 1 : 0.

22 czerwca rano pomogła mi Ola. Upały dawały nam się we znaki, Marta od Wojtka podrzuciła mi obiady, a ja nie miałam kompletnie pomysłu na wakacje. Marzyłam o jakimś krótkim wyjeździe, ale nikt nie chciał mi nic załatwić. Po głowie chodził mi dom "Biały Orzeł" w Sokołowsku, bo tam zapewniają opiekę. Spać poszłam po kąpieli, przy której pomogła Lucynce Dominika.

Następnego dzionka, w Dniu Ojca 23 czerwca, Emilka Ewy i Wojtka skończyła dwa latka, a u mnie wynikły nowe komplikacje z Olą. Rano po prostu nie przyszła. Tym razem przebrała miarkę i Lucynka zadzwoniła do Pana Prezesa firmy "AKTYWACJA", której miałam już po dziurki w nosie. W ramach rekompensaty przywiózł nam wodę w trzydziestostopniowym upale i powiedział, że będzie szukał nowej opiekunki, a my z Mamą schłodziłyśmy się dobrym koktajlem truskawkowym, który przyniosła Dominika Lucynki Pierwszego dnia wakacji - 24 czerwca - poznałam miłą opiekunkę, Panią Małgosię, która przyszła w zastępstwie. Musiałam Ją wszystkiego nauczyć, a Mama wyszła z Panem Prezesem po zakupy. Po południu wpadła Beata z Jackiem i jeszcze w ramach moich urodzin dostałam kwiatki, likier oraz nowy telefon komórkowy - na razie bez ładowarki. Musiałam więc cierpliwie poczekać.

25 czerwca rano przyszła do mnie urodzinowa Lucynka. Skończyła 57 lat. Dałam Jej prezent i złożyłam życzenia. W tym dniu Polacy pokonali w meczu Szwajcarię 5 : 4 i znaleźli się w ćwierćfinale Mistrzostw Europy!

W niedzielę 26 czerwca trochę się ochłodziło, Lucynka mnie wystroiła i całkiem niespodziewanie pojechałam z Arkiem do Świdnicy. Zwiedziłam zabytkową Katedrę z XIV w., posiedziałam w pięknym ogrodzie, gdzie dojechała Karolinka z rodzinką z Wałbrzycha. Dawnośmy się nie widziały. Razem z Nią wypełniłam papiery do Sokołowska. Może uda mi się wyjechać ? Do domu wróciłam niechętnie.

28 czerwca znowu się ociepliło, Pani Małgosia mnie rano umyła, ubrała, a Janek Krasa zabrał mnie po zakupy i do Parku Szczytnickiego przy Hali Ludowej, gdzie zjedliśmy dobrą pizzę, którą warto polecić. Na drugi dzień - 29 czerwca - zaczęłam pisać tekst o Świdnicy. Szło mi to niezdarnie, gdyż zaćma w prawym oku postępowała. 30 czerwca przy upalnej pogodzie i burzy Wojtek przywiózł mi obiady z pracy, a Lucynka z Dominiką wcześniej mnie wykąpały, bo wieczorem był mecz Polska : Portugalia z wynikiem 3: 5 po dogrywce . I tak oto Polacy opuścili MISTRZOSTWA PIŁKI NOŻNEJ.

Lipiec powitał nas upałami. Pani Małgosia pierwszego dnia tego letniego miesiąca ubrała mnie rano, a Mama zrobiła zakupy z Panem Prezesem. Po południu Lucynka zrobiła mi lewatywę i powiedziała, że pojedzie ze mną na wesele Krzyśka. 02 lipca przy burzowej aurze Beata z Jackiem dali mi kompletny już telefon komórkowy, a Agnieszka Rożek przyniosła trochę ładnych ciuszków. 03 lipca po kościele udało mi się wyrwać do Ady i Filipa z Ramiszowa. Cały dzień spędziłam w pięknym ogrodzie, a po powrocie dostałam jedzenie od Grażyny Kaczmarek. 04 lipca ostatni raz Pani Małgosia ubrała mnie rano, a za oknem zrobiło się chłodniej. Tego też dnia Hanka w Anglii urodziła zdrową córeczkę Hanię. Super.

Rano 05 lipca poznałam nową, już docelową, opiekunkę, Panią Alinę. Umyła mnie, ubrała i poszła z Mamą po zakupy. Każdego dnia docierałyśmy się wzajemnie, a rachunek wystawili na 531 zł. Tego też dnia odwiedziła mnie Irenka Piosik. Wieczorem przeszła burza nad Wrocławiem i następnego dnia - 06 lipca - ochłodziło się, a Dorotka Łobodzińska przyniosła dobre ciasto i uruchomiła mi nową komórkę. Zanim doszłam do ładu z telefonem, upłynęło troszeczkę czasu. Pomogła mi w tym 07 lipca druga córka Lucynki, Malwinka, która zaczęła przychodzić do mnie na kąpiele. I tak oto wzbogaciłam się o następną dobrą duszyczkę.

Dnia 09 lipca przy nieco cieplejszej aurze Irek zabrał mnie na piękną wycieczkę do Bielic. Poznałam nowych ludzi, górskie widoki uwieczniłam na fotkach i odwiedziłam Krysię z Rodzinką w Lądku-Zdroju. 10 lipca odbył się ostatni mecz Mistrzostw Europy w Piłce Nożnej - Portugalia : Francja z wynikiem 1 : 0. I tak oto zakończyło sięEURO, a Mistrzami Europy została POTUGALIA. Ku radości mojej Mamy program telewizyjny wrócił do normy. 11lipca, przy burzliwej aurze, przeszłam z Aliną na "TY", popisałam tekst o wycieczce, a po południu wpadła Lucynka. 12 lipca przy ciepłej, deszczowej pogodzie Pan Prezes "AKTYWACJI" wziął mnie i Mamę po zakupy. Szybko Mu się odechciało, bo potem nie mogli mnie z Alą wciągnąć na górę. Pooddychałam jednak troszeczkę powietrzem. 13 lipca Marta z Piotrkiem podrzucili mi wodę i naleśniki. 14 lipca zaczęły się wichury i ulewy, a Lucynka z Malwinką mnie wykąpały. Następnego dnia - 15 lipca - wstrząsnęła nami wiadomość o zamachu w Nicei. Zginęło 80 osób, a w tym dwie Polki.

16 lipca zaczęło się ocieplać. Piotrek Krajewski zabrał mnie do Żurawińca - wioski pod Wrocławiem, gdzie wybudował się Jego brat - Paweł. Cały dzień byłam na powietrzu i słuchałam, jak przygotowują swoje domy i serca do zbliżających się 31 Światowych Dni Młodzieży w Krakowie z udziałem Papieża Franciszka. Wieczorem dojechał do nas ks. Grzegorz z Michalic.

17 lipca mimo zmęczenia pojechałam z Marcinem do Ligoty Pięknej, gdzie w pobliżu lasu mieszka Agnieszka. Po Mszy św. w urokliwym, zabytkowym kościółku we wsi Kryniczno spotkałam dr Agatkę z oddziału. Chwilę sobie porozmawiałyśmy, a potem był piękny spacer po lesie i dobra kolacja u Rodziców Agnieszki. Wraz z Marcinem szykowali się do przyjęcia pielgrzymów pod swój dach.

18 lipca niespodziewanie odwiedził mnie ks. Grzegorz z Michalic. Przywiózł świeże mleko i jajka od kury. Po południu całkiem niespodziewanie zadzwonił Arno i zapytał, czy chcę przyjechać do "ARKI"? Nawet nie wiedziałam, że jest kilka dni w Polsce. Szybko się ubrałam i spędziłam parę godzin we Wspólnocie, gdzie też oczekiwano pielgrzymów.

20 lipca przy ładnej pogodzie rozpoczęły się tak zwane Dni Diecezjalne, a więc modlitwy, koncerty i spotkania w parafiach. Natomiast Janek Krasa zabrał mnie na spacer do Parku Szczytnickiego i Hali Ludowej. Po drodze zrobiłam zakupy i zjedliśmy lody oraz pizzę znajomym miejscu. Wzbogaciłam się też o nową bluzkę i spodnie za 5 zł. Temperatura powietrza rosła z dnia na dzień. 21 lipca Marta z Wojtkiem podrzucili mi ryż, a po południu wpadła Malwina z Ninką i przyniosły pierogi i dobre lody. Następnego dnia - 22 lipca - zostałam wykąpana, co przy tych upałach było zbawienne.

24 lipca trafiła mi się wycieczka do Chrząstawy Wielkiej, gdzie zaprosił mnie Tadek z Dagmarą. Cały dzień spędziłam w ogrodzie, bawiąc się z kotem. Moje ciało powoli brązowiało. 26 lipca, w imieniny mojej Mamy, uroczystą Mszą św. w Krakowie celebrowaną przez kardynała Stanisława Dziwisza rozpoczęły się 31 Światowe Dni Młodzieży. Razem z gośćmi oglądałyśmy ją w telewizji.

<27 lipca przyleciał do Polski Papież Franciszek i wtedy przez pięć dni przeżywaliśmy duchową ucztę, której mottem przewodnim były słowa: "Błogosławieni miłosierni, albowiem oni miłosierdzia dostąpią" (Mt 5,7). Tego tez dnia dostałam od Lucynki ładną bluzkę. 28 lipca upał się nasilił, a Beata przyniosła mi następną nową bluzkę i papiery do Sokołowska. Po południu pojechałam z Tomkiem Jarkiem do "CARREFOURA" po zakupy, a wieczorem Lucynka z Malwinką wykąpały mnie. 29 lipca dostałam nową opiekunkę, Monikę, na zastępstwo za Alę, którą Pan Prezes "AKTYWACJI" zabrał gdzie indziej. Miła, młoda dziewczyna - koleżanka Pauliny, która jest w ciąży. Zrobiła z Mamą zakupy i powiedziała: "do poniedziałku". Rano 31 lipca po przeżyciu przedostatniej, sobotniej, wieczornej Mszy św. z udziałem Papieża Franciszka w podkrakowskich Brzegach wybrałam się do kościoła z Edkiem i z Patrycją. Po kościele poszliśmy z dziećmi na lody, a ja zjadłam sobie dobrego naleśnika. Po południu Papież wsiadł do samolotu i zostawił nas ze słowami "Zejdźcie z kanap i głoście Ewangelię", kończąc tym samym 31 Światowe Dni Młodzieży. Następne odbędą się w Panamie w 2019 roku.

Ósmy miesiąc roku powitałam z Olą z "AKTYWACJI", bo Monice wypadł dysk. Ola z kolei przyszła z wielkim siniakiem na ramieniu. Niby przewróciła się przez kotka. Niech tak zostanie. Wojtek w upalną pogodę podrzucił nam wodę. 02 sierpnia Mama zrobiła zakupy z Prezesem, który wystawił rachunek na 580 zł, a Wojtek przywiózł w deszcz obiady. I tak się plotło to nasze życie. 03 sierpnia Ola obcięła mi grzywkę, a w południe odwiedziła mnie Agnieszka Rożek. Wieczorem Lucynka pomogła w sprawach toaletowych. I wtedy zaczęły się problemy z lewatywą. Zabrakło w aptekach i w hurtowniach. Ogłosiłam wszędzie wśród znajomych i zbierałam po jednej butelce. Przyznam, że było to denerwujące. 04 sierpnia Wojtek zdobył dwie sztuki, przy okazji dał nam obiad, a po godzinie 20.00 miałam kąpiel. 05 sierpnia mój kuzyn Jacek skończył 54 lata, Ola przyszła do mnie ostatni raz, a Mama zrobiła piątkowe zakupy z Panem Prezesem. Ja natomiast zajęłam się pisaniem "PODSUMOWANIA ROKU".

06 sierpnia, przy ciepłej pogodzie, nastąpiło Otwarcie 31 Igrzysk Olimpijskich w brazylijskim Rio de Janerio, a więc znowu sam sport w telewizji, z aferami dopingowymi. Rano ubrała mnie Lucynka, a parę godzin później wpadła Dominika, która wybiera się do Krakowa. W niedzielę 07 sierpnia Bogusia, która wróciła z Peru, zabrała mnie do kościoła i na włoską pizzę, a potem z Malwinką, Jej Rodzinką oraz ze znajomymi miałam fantastyczną przejażdżkę kolejką linową nad Odrą. Pogoda nam dopisała, a w głowie szumiało zimne piwko z sokiem.

08 sierpnia, przy upalnej aurze, wróciła do mnie Ala z "AKTyWACJI". Jacek podrzucił nam krokiety, wodę oraz kurę. 09 sierpnia nagle się ochłodziło. Mama wyszła z Alą po zakupy, a ja zajęłam się pisaniem tekstu. Wieczorem chciałam wstawić zdjęcia na stronkę i ku mojemu przerażeniu zniknęły wszystkie albumy ze zdjęciami. 10 sierpnia odwiedziła mnie Ada z Ramiszowa i przywiozła obiad, a po południu dowiedziałam się od Malwinki, że Lucynka załatwiła mi Sokołowsko na przełomie sierpnia i września. No i zaczęły się bitwy z Mamą, która w ogóle nie chciała, abym gdziekolwiek jechała. Następnego dnia - 11 sierpnia - Wojtek przywiózł nam wodę i obiad, a do mnie zadzwoniła Joasia psycholog ze swojego nowego mieszkanka. Ma teraz blisko do pracy w szpitalu przy Stabłowicach. Wieczorem Lucynka z Malwinką mnie wykąpały, a ja z bólem serca musiałam odmówić wyjazd do Sokołowska. Było mi wstyd i smutno, ale na pewne sprawy nie miałam wpływu. 12 sierpnia, przy chłodnej, słonecznej pogodzie, Mama poszła z Alą po zakupy, a ja dalej pisałam "PODSUMOWANIE ROKU". 13 sierpnia w przerwie w swoich wakacji zjawił się Jędrek i zabrał mnie do Muzeum Pawilonu Czterech Kopuł przy Hali Stulecia. Dużo o nim słyszałam od znajomych, a na miejscu oślepiła mnie biel ścian i podłóg. Potem poszliśmy na pizzę. Następnego dnia - 14 sierpnia - Lucynka mnie rano umyła i ubrała, a Irek całkiem niespodziewanie zafundował mi kościół, gdzie spotkałam Jolę, która niegdyś do mnie przychodziła. Potem przejechaliśmy się wagonikiem "POLINKI" i zjedliśmy pizzę w fajnym barze o zabawnej nazwie "Remont" przy pl. Grunwaldzkim.

I tak 15, wraz ze świętem kościelnym Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny, zaczęło się ochładzać, a dzień był już znacznie krótszy. W deszczu odbyła się defilada Wojska Polskiego w Warszawie, a pielgrzymi z całego kraju szczęśliwie dotarli na Jasną Górę w Częstochowie.

16 sierpnia, po weekendowej przerwie, zawitała do mnie Ala z "AKTYWACJI" i zrobiła z Mamą zakupy. Po południu Ada z Ramiszowa podała obiad. Następnego dnia - 17 sierpnia - przy niewielkim ochłodzeniu wpadł Irek z jedną butelką "RECTANALU". W niedzielę jedzie na Ukrainę - taki sobie tygodniowy urlop. 18 sierpnia Dorotka Łobodzińska podrzuciła nam obiad z baru.

21 sierpnia pogoda się zepsuła i lało od rana. Mimo to ubrana przez Lucynkę wybrałam się z Esterą i Jamiem (spodziewają się dziecka) do kościoła, a potem zaszyliśmy się w "MAGNOLII" na dobrym obiedzie i lodach, a ja kupiłam sobie kurtkę przeciwdeszczową za 70 zł. Po południu odwiedziła mnie Karolinka Bernaś ze swoją córeczką Madzią i przyniosła kolejną buteleczkę "RECTANALU" . Tego też dnia zakończyły się Igrzyska Olimpijskie w Rio de Janeiro i na antenę telewizyjną po wakacyjnej przerwie zaczęły wracać seriale.

22 sierpnia rano Ala z "AKTYWACJI" mnie ubrała, a potem spakowałyśmy z Mamą zabawki i artykuły szkolne, bo chciałam je zawieźć chorym dzieciom ze szpitala na Stabłowicach. Niestety nikt mnie nie chciał zawieźć, ale wpadła Agnieszka Rożek, a wieczorem Lucynka z Dominiką wykąpały mnie. 23 sierpnia przy pochmurnej, ale przyjemnej pogodzie Mama zrobiła z Alą zakupy, a po południu wysiadła żarówka w moim pokoju. Mimo kończących się wakacji zaczęło się ocieplać. 26 sierpnia Beata z Jackiem przynieśli nam rozmaite jedzenie i wodę. Natomiast w sobotę - 27 sierpnia - spotkała nas miła niespodzianka. Przyjechał ks. Grzegorz z Namysłowa i przywiózł świeże jajka i mleko na zsiadłe. Przy poczęstunku usiłowaliśmy naprawić mój Album ze zdjęciami na stronie www.kasiapajacyk.pl, na którą serdecznie zapraszam. Niestety, nic z tego nie wyszło. Po południu przyszła Ala Łagodzińska z nową porcją jedzenia, a wieczorkiem Lucynka zrobiła mi lewatywę. W upalną niedzielę - 28 sierpnia - Ala i Piotrek Stanisławscy zabrali mnie do kościoła, a potem już sami poszliśmy do Paku Południowego na dobrą pizzę. 30 sierpnia Mama zrobiła zakupy z Alą przy nieco chłodniejszej, ale słonecznej aurze, a ja wymyśliłam kolejny tekst na stronę, bo ksiądz Grzegorz nie odpuści.

I tak oto zakończyły się wakacje, a upalna pogoda 01 września zupełnie na to nie wskazywała. Dzieci niechętnie zasiadły w szkolnych ławkach. Od przyszłego roku mają wrócić do systemu ośmioklasowego, w którym ja się wychowałam. Wieczorem z miłą chęcią weszłam pod chłodny prysznic i pożartowałam trochę z Lucynką i Malwiną. 02 września coś tam się nie spodobało Ali z "AKTYWACJI" i po zakupach z Mamą zaczęła rzucać brzydkimi słowami, ale… jakbym się wszystkim przejmowała, to bym już dawno skończyła w "wariatkowie". I tak już każdy wchodzi mi na głowę i nie mam nic do powiedzenia.

Na szczęście wieczorem przyszła Lucynka i mnie wysłuchała. Na drugi dzień - 03 września - ładnie mnie ubrała, a Vita (dawna asystentka "ARKI") z Bartkiem zabrali mnie do fryzjera i na spacer. Upał dalej się utrzymywał, a ja w niedzielę 04 września po dokonanej przez Papieża kanonizacji Matki Teresy z Kalkuty wybrałam się z Tomkiem Jarkiem po zakupy do "CARREFOURA". Jak wpadliśmy oboje pomiędzy regały, to czas się dla nas zatrzymał. Po dość oryginalnym obiedzie do domu pomógł nam się dostać Piotrek Stanisławski. 08 września piękna pogoda nie odpuszczała, a do mnie zadzwoniła Agnieszka Marcina. Wrócili szczęśliwi z Zakopanego, a ja się wieczorem wykąpałam.

W sobotę - 10 września - udało mi się wyskoczyć na działkę Marty i Piotrka. Miałam tam okazję bliżej poznać Ich dwóch synów - Mateuszka i Michała. Był to bardzo dobry czas. Natomiast w niedzielę - 11 września - w 15-tą rocznicę zamachu na World Trade Center Janek zabrał mnie do kościoła, a potem na spacer do Hali Ludowej i pizzę.

Od poniedziałku - 12 września - w upalną, słoneczną pogodę pisałam jakiś tekst na stronę, a tu nam wysiadł telefon i Internet. Dobrze, że komórka działała. Zadzwoniłam szybko do Piotrka Stanisławskiego, który wieczorem po wizycie Lucynki kupił nowy kabel, co nie pomogło i zgłosił awarię do wydziału Telekomunikacji. 13 września, kiedy Mama wróciła z zakupów z Alą, już wszystko działało, a Kuba Jędrusik podrzucił nam jedzenie. Natomiast 14 września odebrałam maila od Beaty, że na wesele Krzyśka i Anety pojadę z Lucynką busem. Powiem szczerze, że nie bardzo mi się to podobało, ale nie miałam innego wyjścia. Na drugi dzień - 15 września - spotkałyśmy się w "Lumpie", gdzie zabrała mnie Malwinka w poszukiwaniu bluzki. Nikomu ten transport nie odpowiadał, a Lucynka zaczęła się obawiać, czy sobie poradzi? Wieczorem ufarbowały mi włosy na dość oryginalny, rudy kolor i wykąpały mnie. Aby poprawić sobie humor, wypiłam zimne piwo i zjadłam dobre ciastko orzechowe.

1

6 września po zakupach Mamy z Alą z firmy "AKTYWACJA" odwiedziła mnie Kasia Szeliga - Madej w zaawansowanej ciąży. Przyniosła dobry obiad. Długośmy się nie widziały, więc było co opowiadać. 17 września nastąpiła gwałtowna zmiana pogody. W deszcz Lucynka przyniosła nam z kiosku wodę, bo u nikogo nie zamówiłam. Niedzielna słota 18 września nie zatrzymała mnie w domu i Irek z kolegą zabrali mnie samochodem do kościoła, a potem zjedliśmy dobrą kurę z rożna i zwiedziłam Jego biuro po remoncie. Do domu wróciłam cała przemoczona, a z moich włosów spłynęła farba. 20 września Wojtek podrzucił nam wodę i obiady, a Beata z Jackiem przyszli uzgodnić transport na ślub. Do Lwówka Śląskiego zawiezie nas kolega ich najstarszego syna Wojtka, który przyleciał z Australii. No to już mi ulżyło.

Astronomiczną jesień 22 września przywitaliśmy słoneczną, ale chłodną pogodą. Coś mi wlazło w rękę i kark. Nie mogłam się ruszyć. Rano Ala z Prezesem "AKTYWACJI" zamówili mi dr Kwiecińską z przychodni. Przyszła dopiero wieczorem i zleciła badania krwi oraz chirurga. W pokonaniu bólu pomógł mi "APAP". I tak oto 23 września zapukała do naszych drzwi kalendarzowa jesień, z drzew zaczęły lecieć kasztany, a Mama zrobiła z Alą zakupy.

`Przy takiej pięknej aurze 24 września pojechałam z Lucynką do Lwówka Śląskiego na ślub Krzysia i Anety. Ceremonia w kościele była nie do zapomnienia, a wesele w Pałacu Brunów długo będę wspominać. Wybawiłam się za wszystkie czasy, spotkałam Wujka Stanka, który może załatwi mi rehabilitanta i wcale nie miałam ochoty 25 września wracać do coraz chłodniejszego Wrocławia.

Nowy tydzień 26 września zaczęłam od pobrania krwi przez rejonową pielęgniarkę, co okazało się nie takie proste, bo była zbyt gęsta z powodu małej ilości przyjmowanych płynów. Nie miałam na to zbyt wiele czasu, bo już po godzinie 9.00 przyjechał bus od Ali Chybickiej i zawiózł mnie do gmachu Politechniki Wrocławskiej, gdzie w Auli odbyła się uroczysta Gala konkursu Lady Di. pod patronatem K. Bochenek. Nagrody były rozdawane w pięciu kategoriach: "Dobry Start", "Kultura i Sztuka", "Sport", "Życie Społeczne" i "Życie zawodowe". Nie wiem jakim cudem załapałam się do tej czwartej. Chcąc nie chcąc, musiałam wyjść na scenę i odebrać dyplom, nagrody oraz kwiaty wraz z piękną książką pt. "Trochę inny świat". Prof. Alicja Chybicka przeczytała krótką notkę o mojej 15 - letniej akcji wśród chorych dzieci w szpitalu im. Marciniaka, którą wymyśliła dr Barbara Ujma. Miło mi się zrobiło, ale wydusiłam z siebie tylko słowo DZIĘKUJĘ. Tego też dnia w dalekim Pekinie przyszła na świat śliczna Milenka - córeczka Marty i Daiva.

27 września myślałam, że nasze życie troszeczkę się ustabilizowało. Mama zrobiła z Alą (jest chora i idzie do szpitala) zakupy, a do mnie przyszła drugi raz pielęgniarka z przychodni, aby znowu pobrać krew, bo coś tam nie wyszło, a ja zajęłam się pisaniem tekstu. Za oknem coraz chłodniej i ponuro. 28 września rano poratowała mnie Lucynka. Przyszła z chorą wnuczką Ninką i z Atosem. Natomiast Prezes "AKTYWACJI" wpadł z Panią Małgosią, która ma być u mnie w zastępstwie. 29 września wydarzył się cud. Niespodziewanie odezwał się Jędrek Nadolny i pyta, czy chcę iść na spacer? Przez moją głowę przeleciał szalony pomysł. Jest czwartek, zza chmur wyjrzało słońce, torba z artykułami papierniczymi dla dzieci spakowana, więc można pojechać jako dziewiąty PAJACYK na oddział stabłowickiego szpitala. Nie wiem, jak ja to zrobiłam, ale w przeciągu godziny przebrałam się, zadzwoniłam do Asi psycholog, złapałam jakieś ciastka i byłam gotowa, a Irek pomógł zejść. Nie wiem, jak wsiedliśmy do tramwaju ze schodami, ale grunt, że się udało. U dzieci po tak długiej przerwie było cudownie. Wszystko zabrały, dziękowały, a ja chwilę porozmawiałam z dr Ujmą. Do miasta wróciliśmy już tramwajem niskopodłogowym, a obiad zjedliśmy w barze "MIŚ". Dwie porcje wzięłam do domu. Na górę pomógł nam się dostać Mikołaj - brat Jędrka. Wieczorem Lucynka z Malwinką wykąpały mnie. W Dzień Chłopaka - 30 września - Pani Małgosia zrobiła z Mamą zakupy, a ja dowiedziałam się o narodzinach Karolinki - córeczki Kasi Szeligi-Madej.

I tak oto 1 października wraz ze studentami przywitaliśmy nowy rok akademicki. Skończyła się wakacyjna laba, a za oknem coraz chłodniej, ale słonecznie. Rano Lucynka mnie umyła i ubrała, a w południe wpadła Asia Bator. Zaczęłyśmy powoli myśleć o zorganizowaniu ekipy na tegoroczną pielgrzymkę do Grobu św. Jadwigi w Trzebnicy. Nie miałam w ogóle pomysłu. Nie wiedziałam ani z kim iść, ani gdzie przenocować? Coś mnie jednak korciło, aby mimo wszystko nie odpuszczać. Zapytałam na FB Anię Jaroszeską ze Wspólnoty "Arka", czy bym mogła ewentualnie u nich przenocować? W niedzielę 02 października Lucynka mnie rano umyła i ubrała, a potem spakowałyśmy z Mamą kolejną torbę zabawek dla dzieci. Niech stoi i czeka. Może ktoś mnie tam zawiezie? W tym dniu Emila ze Szczodrego skończyła 39 lat. 03 października, w dniu Imienin Teresy, zadzwonił do mnie Wujek Stanek, że znalazł dla mnie rehabilitanta. Zobaczymy, kto to jest! Na razie 05 października zaczęła się jesienna plucha: zimno i deszcz. Zadzwoniłam z życzeniami urodzinowymi do Jadzi z Poznania. Ucieszyła się, że pamiętam. Po pracy wpadł Wojtek, który przywiózł mi obiady i "ENEMĘ", bo "RECTANALU" nigdzie już nie ma. Z kolei Beata z Jackiem podrzucili nam wodę i jakieś krokiety oraz łazanki. 06 października wiedziałam już, że "ARKA" mnie przenocuje, a Karolinka Soczynska, która podała mi obiad, powiedziała mi, że pomoże mi się do Nich dostać. Po południu poznałam sympatycznego rehabilitanta - Pana Kamila, który przyszedł z Wujkiem Stankiem. Zajęcia uzgodniliśmy na dwa razy w tygodniu. Cena dosyć wygórowana - 100 zł, ale tak teraz się cenią. Zobaczymy. Wieczorem Mariusz Jędrusik podrzucił nam bigos.

07 października Pani Małgosia zrobiła z Mamą zakupy, a po południu Vita - dawna asystentka "ARKI" - zabrała mnie na wernisaż obrazów Toni z Ukrainy w Klubie Literatury i Muzyki. Spotkałam tam wielu znajomych, a wieczorem Lucynka zrobiła mi lewatywę.

08 października zaczęłam coraz poważniej myśleć o zbliżającej się pielgrzymce. Miałam trzy osoby chętne do pomocy: Agnieszkę, Marcina i Tomka. Przydałaby się tylko trochę ładniejsza pogoda.

09 października rano Lucynka cieplej mnie ubrała i wybrałam się z Jankiem do kościoła, a potem do "CAREEFOURA" po zakupy. Zjedliśmy tam coś ciepłego, a ja kupiłam kalendarz dla znajomej z Poznania (Janek wysłał go następnie pocztą). 10 października Pani Małgosia z "AKTYWACJI" przyszła do mnie ostatni raz, a wieczorem Lucynka z Malwinką mnie wykąpały. 11 października rano zawitała pod nasz dach Ala po swojej chorobie i zrobiła z Mamą zakupy. Myślałam, że to się jakoś uspokoi i wróci do normy. Tego też dnia zaczęłam ćwiczyć z Panem Kamilem. Okazał się dokładny w tym, co robi. 12 października zaczęła się psuć pogoda, a ja myślami byłam już na pielgrzymce. Wieczorem Lucynka zrobiła mi lewatywę, abym się lepiej czuła. 13 października odwiedził nas Jacek z Beatą i przynieśli wodę. Dziwili się, że chcę iść z pielgrzymką. Następnego dnia - 14 października - wyszło słoneczko i wyraźnie się ociepliło, a Mama zrobiła zakupy z Alą. Potem spakowałam swoje rzeczy, coś do jedzenia i Karolinka zawiozła mnie do Wspólnoty "ARKA". Po drodze Tomek Jarek, który pomógł mi zejść, napompował mi kółka na stacji benzynowej. I tak oto spędziłam miły wieczór z dziewczynami, które mnie wykąpały i położyły do łóżka. Noc była stanowczo za krótka, bo rano już o 6.00 trzeba było wstać.

15 października przywitał nas piękną, słoneczną pogodą. W tym dniu przypadła 26 rocznica śmierci Taty. Po godzinie 8.00 odebrał mnie Marcin i tak oto wyruszyłam w swoją XIV pielgrzymkę do Grobu św. Jadwigi w Trzebnicy ze wszystkimi zebranymi intencjami. Motto tegorocznej wędrówki to słowa z Ewangelii wg św. Łukasza (Łk 12, 49-53): "Przyszedłem rzucić ogień na ziemię. Podpalacz". Droga była trudna, bo w lesie i na polu kukurydzy zastaliśmy błoto. Chłopcy ciągnęli mój wózek na pasku, a ja się modliłam. Do domu wróciłam szynobusem. Zmęczona, ale szczęśliwa. 16 października zaczęłam opisywać to wszystko w artykule.

Od poniedziałku - 17 października - nastała nowa epoka w naszym domowym życiu. Rano nie przyszła Ala z "AKTYWACJI". Pomogła mi wstać nieoceniona Lucynka, a wieczorem zrobiłyśmy lewatywę. Na drugi dzień - 18 października - okazało się, że firma splajtowała i Prezes nie ma opiekunek. Jednym słowem zostałyśmy z Mamą na lodzie. Zaczęłam więc szukać kogoś, aby jakoś rano wstać z lóżka. 19 października rano oprócz Lucynki wpadła Beata i zaczęły Mamę przekonywać, że musi się zgodzić na więcej godzin opieki, bo to jest taniej. Jechać na jedną godzinę rano nikomu się nie opłaci. Niestety Mama nie chciała, aby ktoś się plątał po chałupie przez pół dnia. Zadzwoniłam więc do dawnej asystentki "ARKI", Beaty. Pracuje teraz w przekształconym "MOPSIE" jako opiekunka, a pokój wynajmuje u Sióstr zakonnych w Pawłowicach pod Wrocławiem. Przyjechała wieczorem i zgodziła się do mnie przyjeżdżać rano od poniedziałku do piątku za opłatą. W ten sposób uniknęłyśmy z Mamą wypełniania papierów mopsowych.

W imieniny Ireny - 20 października - pokazałam Jej, "co i jak", i tak oto zaczęłyśmy ranne wstawanie, któremu towarzyszyły wspólne rozmowy i śmiechy. W tym wszystkim została poszkodowana Mama, bo już przestała całkowicie wychodzić z domu po zakupy. Tego dnia przyszedł Pan Kamil na drugą gimnastykę, a Wojtek z Martą przywieźli obiad i coś do lodówki. 21 października zaczęłam przekonywać się do lewatywy "ENEMY", bo znajomi nakupili mi jej całe mnóstwo. W sobotę 22 października przy ciepłej, słonecznej pogodzie Lucynka rano mnie ubrała, a Piotrek Stanisławski zrobił nam zakupy i wysłał mi śpioszki do Lądka, które kupiłam kiedyś dla małej Hani w Anglii. Zawiezie je Krysia z Mężem, bo lecą do Hanki na urlop 02 XI.

23 października Lucynka mnie rano ubrała i przy ciepłej pogodzie wyrwałam się z Irkiem i Moniką do kościoła, a potem na dobry obiad. Po południu Asia Bator podrzuciła nam pierogi. I w ten oto sposób nasza lodówka nigdy nie była pusta. Następnego dnia - 24 października - zaczęło się ochładzać. Beatka mnie rano umyła i ubrała, popisałam swoje "Podsumowanie Roku", a wieczorem Lucynka z Malwinką wyszorowały mnie pod prysznicem. Wtedy padł na mnie blady strach, bo zbliża się długi weekend i już w piątek chcą jechać na groby krewnych. A kto mnie rano podniesie z łóżka i zrobi lewatywę?

25 października nasza Beata zrobiła nam zakupy, a mnie odwiedziła Estera w zawansowanej ciąży i przyniosła obiad. W grudniu urodzi synka Fryderyka. Wieczorkiem wpadł jeszcze Mariusz Jędrusik z jedzeniem, a wszyscy dali mi oprócz tego lewatywę "ENEMĘ". Na jakiś czas wystarczy, tylko oby było komu robić. Udało mi się jeszcze 26 października, bo po pisaniu artykułu na czwartek (mimo że nie chodzę już do dzieci, to ks. Grzegorz nie odpuszcza) przyszła Lucynka przed swoim wyjazdem i mi ulżyła. Następnego dnia - 27 października - przy chłodnej i szarej pogodzie dojechał rano mój Anioł Stróż w osobie Beatki. Trochę się pośmiałyśmy i pożartowałyśmy, aby dzień nabrał sensu, a po południu miałam trzecią gimnastykę z Panem Kamilem. Zawsze tak mnie rozluźni, że potem śpię jak kamień. 28 października w imieniny Tadeusza z Chrząstawy i w urodziny Felusia - Jego synka - Joasia psycholog zrobiła Mamie zakupy, a Irek zabrał mnie do przebudowanego, dawnego kina "Warszawa" na film pt. "Smoleńsk". Dużo o nim słyszałam od znajomych i chciałam wyrobić sobie swoje zdanie. Na szczęście na sali nie było za głośno, a po projekcji odtwórczyni roli żony generała Błasika, aktorka Aldona Struzik odpowiadała na zdawane Jej pytania. Przesympatyczna osoba, dała mi bukiet pięknych róż i swoją wizytówkę. W sobotę - 29 października - ciężko mi było wstać, a wieczorem wpadł Piotrek Stanisławski i cofnął zegarki o godzinę, co oznaczało, że przeszliśmy na czas zimowy. Bardzo tego nie lubię i nie wiem, po co to komu potrzebne? 30 października Beatka zabrała mnie na Mszę św. do Dominikanów, a potem poszłyśmy na dobre naleśniki do Rynku. Przez te wszystkie dni zastanawiałam się, co zrobić ze sprawami fizjologicznymi? Obdzwoniłam znajome pielęgniarki i jedynie Agatka zgodziła się wpaść 31 października. Na szczęście nie było już trzeba nic robić, bo organizm sam zadziałał. Przyniosła mi tylko drobne zakupy i chwilkę pogadałyśmy.

I tak nadszedł przedostatni miesiąc roku. 01 listopada w dniu Wszystkich Świętych pogoda dopisała. Było ciepło i słonecznie. Rano Beata mnie ubrała i umyła, a przed południem Jacek z Beatką zabrali nas na cmentarz. Mama ledwo doszła do grobu Taty, który już był sprzątnięty. Chwilę posiedziałyśmy w słoneczku, pomodliłam się przy zapalonych zniczach. Potem zgodnie z tradycją był dobry, rodzinny obiad, dzięki któremu miałam wycieczkę przez miasto. Zanim usiedliśmy do stołu, pobawiłam się z Ich psem. Lejra przynosiła mi swoją zabawkę i czekała, aż jej rzucę. Szybko zorientowała się, że z podłogi jej nie podniosę i kładła mi na kolana. Mądry psiak!

02 listopada w Dzień Zaduszny zaczęło się robić zimno i nieprzyjemnie. Nastały najkrótsze dni w roku. Oprócz Beaty rano, odwiedziła mnie Pani Bożenka Świech - Mama Natalki z oddziału - i przyniosła cukierki dla dzieci oraz kolejną lewatywę "ENEMĘ". I wtedy przeszłyśmy na "TY". Aby mi się przypadkiem nie nudziło, wieczorem przyjechał Pan Kamil na czwartą gimnastykę. Ćwiczyliśmy w półmroku, bo znowu wysiadła żarówka w żyrandolu.

03 listopada zza chmur wyszło słoneczko, a ja popisałam sobie tekst na stronkę i dostałam rozliczenie z Dolnośląskiej Fundacji Ochrony Zdrowia. Mam ponad 1000 zł. 04 listopada Beatka mnie ubrała i trochę sobie pogadałyśmy. Po dobrym śniadanku sprawdziłam pocztę i. nie mogłam otworzyć żadnej strony internetowej. Nie wiedziałam, dlaczego i dobijałam się do Tadeusza z Chrząstawy, aby coś poradził. Po południu Ala Łagodzińska przyniosła nam jedzenie, a wieczorem Lucynka pomogła mi przy jelicie, abym mogła dalej egzystować na wyrobionym już stołku. Zamiast poduszki podłożyłam sobie koc, aby było bardziej miękko. 05 listopada przy pochmurnej i szarej pogodzie Lucynka mnie rano umyła i ubrała, a potem przez pół dnia naprawiałam zdalnie z Tadkiem komputer. Przyczyną zamieszania był nowy czas zimowy. Po prostu zegarek się sam nie przestawił i wszystko zablokował. Z moich ust wypłynęły niecenzurowane słowa, których nie będę tu przytaczać. Z nadejściem wiosny znowu się pobawimy w to samo. 06 listopada Lucynka odmówiła mi pomocy w weekendy, bo Jej za ciężko. Ręce mi opadły, bo nie wiedziałam, co teraz zrobię?

Beata wzięła mnie na Mszę św. do Dominikanów. Pogoda nam dopisała i mogłam się trochę przewietrzyć. Zejść pomógł Piotrek z Psiego Pola, a Marcin z kolegą wprowadzili mnie na górę. 08 listopada zaczęło się ochładzać, co wyczułam rano po zimnych rękach Beaty. Nad Mamą zlitowała się sąsiadka - Pani Buczyłko i wzięła Ją na powietrze. Zapłaciły rachunki i zrobiły drobne zakupy, a ja poćwiczyłam piąty raz z Panem Kamilem.

Dnia 09 listopada pokazało się wyczekiwane przez nas słońce, a mnie oprócz Beatki rano odwiedziła Agnieszka Rożek. Dawno Jej nie widziałam. Miałyśmy razem wydrukować trochę "Podsumowania Roku", ale pech chciał, że tusz mi się skończył w drukarce, a nikt nie umiał założyć nowego. Wieczorem wpadła Lucynka i zrobiła mi czynności pielęgniarskie. 10 listopada zrobiło się coraz zimniej, a w górach spadł pierwszy śnieg. Szósty raz pomęczyłam swoje mięśnie z Panem Kamilem, a Dorotka Łobodzińska wręczyła Mamie urodzinowy kwiatek i dała pierogi. Przy okazji skalibrowała mi drukarkę i nowy tusz zaczął odbijać. Na koniec dnia wpadła jeszcze Lucynka z drobnymi zakupami.

I tak oto 11 listopada, w Święto Niepodległości, nadeszły huczne 88 urodziny Mamy. Beata z Jackiem przynieśli duży tort bezowy i świeczki. Odśpiewaliśmy sto lat, telefon się urywał od życzeń, a goście szli do samego wieczora. Moje biurko zamieniło się w małą kwiaciarenkę, a piękne bukiety kwiatów rozjaśniły nam trochę pokój, bo przez cały czas walczymy z zepsutym żyrandolem. 12 listopada w imieniny Renaty, Beata rano mnie umyła i ubrała przy nieprzyjemnej, zimnej pogodzie, a Asia Bator przyniosła kurę z rożna i sok. Trochę sobie pogadałyśmy i miałam miłe popołudnie. Przy niedzieli <13 listopada Piotrek Stanisławski zabrał mnie do kościoła, a potem do marketu "CAREEFOUR" na obiad i po zakupy. Wejść do domu pomogła Renia z Mariuszem. Następnego dnia, 14 listopada, Beatka się rozchorowała. Na krzesło posadziła mnie sprzątaczka, a Mama ledwo umyła. Tego dnia zrobiłyśmy 27 paczek na Mikołaja dla dzieci ze szpitala. Może jakoś tam dojadę?

15 listopada pomogła mi rano Lucynka, a potem podpisałyśmy umowę z "MOPSEM", bo tak dalej nie damy rady. Pod wieczór poćwiczyłam siódmy raz z Panem Kamilem, który tak mnie rozluźnił, że od razu położyłam się spać. 16 listopada odwiedziła nas Ania Cebula. Mimo że nad nami mieszkają Jej Rodzice, to bardzo długośmy się nie widziały. Było więc o czym pogadać. Przyniosła mi dobry sok. 17 listopada rano wróciła do mnie Beatka. Już się lepiej czuła, ale wyglądała nie bardzo. Chłodna, ponura pogoda sprzyjała przeziębieniom. Oporządziła mnie, a Ada z Ramiszowa przywiozła dobry ryż z warzywami. W południe wpadła Bożenka Świech. Oddałam Jej forsę za lewatywę, a Ona przyniosła mi piękną różę z okazji zbliżających się Imienin. Miło mi się zrobiło. Pokazałam zrobione z Mamą paczki dla dzieci i umówiłyśmy się, że jakoś razem tam pojedziemy. Wieczorem padłam po ósmej gimnastyce. 18 listopada rano Beata mnie umyła i ubrała, a ponury i chłodny dzień rozświetlił otwarty w Rynku Jarmark Bożonarodzeniowy. Będzie więc gdzie chodzić. Wieczorem wpadła Lucynka z drobnymi zakupami i zrobiła mi lewatywę. W sobotę - 19 listopada - nasze mieszkanie przeżyło generalne, świąteczne porządki. Beata umyła nam okna, a Tomek Jarek zrobił dobry obiad w postaci sałatki i jajka sadzonego. Do tego wypiliśmy ekologiczny sok z owoców. Jak to moja Mama przeżyła, to nie wiem, ale było OK. 20 listopada przy ciepłej pogodzie Beatka mnie rano ubrała i poszłam do kościoła z Wojtkiem i z Ewą. Mała Emilka siedziała mi na kolanach. Od ostatniego razu sporo urosła i już jest ciężka. Po Mszy u Dominikanów zorientowałam się, że zgubiłam pasek od wózka. Niestety nie znalazł się. Na obiad poszliśmy do baru "HUBERTUS" przy ul. Oławskiej, gdzie dołączył do nas Tomek. Zjadłam pyszną goloneczkę i przez kolorowy Jarmark wróciłam do domu.

W Dzień Życzliwości - 21 listopada - dostałam informację od Asi psycholog, że mogę przyjechać 08 XII ze swoimi paczkami na Mikołaja. No to muszę się o transport postarać. Zadzwoniłam w tej sprawie do Irka. On idzie na operację przepukliny, ale kogoś mi wykombinuje. Po południu Malwinka z Mariuszem podrzucili mi obiady. Niestety nie pogadaliśmy, bo miałam dziewiątą gimnastykę z Panem Kamilem.

22 listopada pogoda w ogóle nie przypominała tego miesiąca, bo zrobiło się ciepło. Rano Beatka mnie umyła i ubrała, a potem zajęłam się pisaniem artykułu.

23 listopada zamiast Beaty pojawiła się u mnie nowa opiekunka z "MOPSU" - Pani Sylwia - która miała mnie umyć, a dwa razy w tygodniu zrobić z Mamą zakupy. Nie powiem, abym była z tego powodu szczęśliwa, bo wolałam Beatkę. 24 listopada przy pochmurnej pogodzie jakoś mnie tam obmyła i poleciała, a Wojtek po pracy przywiózł obiady. Wieczorem wpadła Lucynka z Malwiną na kąpiel. Z okazji jutrzejszych Imienin dostałam od Nich ładne spodnie i skarpetki. W Katarzynki - 25 listopada - Pani Sylwia rano mnie umyła i orzekła, że pójdzie z Mamą po zakupy dopiero po godzinie 14.00. Trochę za późno i dlatego zastąpiła Ją sąsiadka - Pani Buczyłko. Efekt był opłakany, bo już więcej się nie pojawiła. Po południu miałam gości w osobach Asi Bator, Tomka Jarka i Ireny, która przyniosła mi śliczny kwiatek - czerwoną Gwiazdę Betlejemską. Posiedzieliśmy przy kawie i ciastku. Zmęczona położyłam się spać. Przy sobocie - 26 listopada - zafundowaliśmy Mamie stres, bo wpadł Tomek i usmażył nam pysznego pstrąga na obiad. Do tego dał sok wyciskany ze świeżych owoców. Mama, jak każda gospodyni, nie lubi jak ktoś się kręci po Jej kuchni, ale jakoś to przeżyła. Zrobił mi też prowizoryczny pasek do wózka. Wieczorem wpadli Ala i Piotrek Stanisławscy.

27 listopada rozpoczął się Adwent - czas zadumy i refleksji. Przy chłodnej pogodzie Beata wzięła mnie do kościoła u Dominikanów, a Janek Krasa pomógł nam zejść. Dzięki temu mogłam zobaczyć świąteczne dekoracje w Galerii Dominikańskiej, gdzie zjadłyśmy obiad. Wejść do domu pomogli Renia z Mariuszem. Po południu Lucynka pomogła mi w sprawach intymnych. Wieczorem wylądowałam w łazience na podłodze, bo Mama mnie nie utrzymała. I to był kolejny sygnał, że coś trzeba zmienić w naszym domowym życiu. 28 listopada przyszła rano Beatka, bo zostałam znowu bez opiekunki. I tak oto poznałam Jej wnuka - Boryska. Przemiły chłopczyk. W południe odwiedził nas ksiądz Grzegorz z Michalic i przywiózł świeże jajka i mleko, które postawiłyśmy na zsiadłe. Przy herbacie omawiamy nowy wygląd mojej strony i życzymy sobie wesołych Świąt. Mariusz od Lucynki podrzucił nam obiad, a Beatka wieczorem bezpiecznie położyła mnie do łóżka. W ten sposób zaczęła przychodzić dwa razy dziennie. 29 listopada zaczęło się ochładzać, a mnie odwiedziła jeszcze imieninowo Pani Szwarc - moja matematyczka. Miło, że tyle lat pamięta. Po południu Lucynka podrzuciła jakieś zakupy, a ja dziesiąty raz poćwiczyłam z Panem Kamilem. 30 listopada w tradycyjne Andrzejki spadł pierwszy śnieg, a myśmy z Mamą powkładały słodycze do paczek mikołajkowych dla dzieci. Wyszły one bardzo ładne i myślę, że maluchy się ucieszą.

01 grudnia przywitał nas zimną pogodą. Zajęłam się pisaniem swojego "PODSUMOWANIA ROKU", a Wojtek podrzucił nam obiady z pracy. Wieczorem Lucynka zrobiła mi lewatywę. Następnego dnia, 02 grudnia, zza chmur wyszło długo wyczekiwane słoneczko, a nas odwiedziła Ciocia Tusia. Aby się trochę rozluźnić przed spaniem, poćwiczyłam jedenasty raz z Panem Kamilem. Było mi to bardzo potrzebne, bo 03 grudnia pojechałam na cały dzień do Joli i Arka ze Świdnicy. Piękna, słoneczna aura sprawiła, że spędziłam z Nimi fajny czas i obkupiłam się w Lumpexach. Nie chciało mi się wracać do Wrocławia, gdzie czekał mój Anioł Stróż w osobie Beatki, aby położyć mnie do łóżka. W niedzielę rano - 04 grudnia, w imieniny Barbary, patronki górników - odwiedziła mnie niespodziewanie Ola Targowska ze Świebodzic. Dawno Jej nie widziałam, a ma już troje fajnych dzieci. Przy rozmowie i ubieraniu się jakoś niefortunnie wykręciłam palce w prawej ręce. Poczułam potworny ból i. nic. Mimo to poszłyśmy z Beatą do kościoła u Dominikanów na Mszę. Przed nią kupiłam książkę pod choinkę dla Cioci Ireny z Katowic, a potem poszłyśmy z Tomkiem Jarkiem do naleśnikarni przy Rynku. A ręka puchła i siniała. Zadzwoniłam do Karolinki Turbańskiej z Wałbrzycha, która jest lekarzem. Doradziła okłady, a za tydzień przyjedzie do mnie z Marcinem i z dziewczynkami. I tak sobie chodziłam z bolącą ręką. 05 grudnia w dniu urodzin Taty Beata została moją oficjalną opiekunką z "MOPSU", a Mama zrobiła zakupy z Panią Buczyłko, bo na razie jeszcze nikogo nie przyznali. Wieczorem Lucynka zrobiła mi lewatywę i położyła do łóżka.

I tak nadszedł 06 grudnia, dzień św. Mikołaja. Rano poprószyło śniegiem, Beata mnie umyła i ubrała. Ręka coraz bardziej puchła i zmieniła kolor. W prezencie od Mamy dostałam ładne kalendarze, a od swojej opiekunki nowy biustonosz. Zrewanżowałam się Jej słodyczami i takim Aniołkiem kupionym na Jarmarku, a Mama otrzymała bombkę z napisem. Tego dnia zrobiłyśmy dekorację świąteczną na moim biurku. W południe wpadła Ania Haglauer ze słodyczami dla dzieciaków i przeraziła się na widok mojej dłoni. Wieczorem przyszedł Pan Kamil na gimnastykę, która się nie odbyła, bo wezwał karetkę pogotowia, a ja skontaktowałam się z Lucynką, która przyjechała od wnuka. Po godzinie 22.00 ambulans zabrał nas do szpitala przy Borowskiej. Spędziłyśmy tam całą noc, bo akurat lekarze operowali. Prześwietlenie dłoni wykazało wywichnięcie mięśnia i zalecili smarować maściami. 07 grudnia miałam dzień stracony, gdyż oczy mi się zamykały ze zmęczenia, a tu rano przy chłodnej pogodzie Beatka umyła mnie i posadziła na krzesło. Natomiast nasza Beata podrzuciła nam obiady. Wieczorem Lucynka z Malwinką ufarbowały mi włosy i wykąpały mnie.

A wszystko po to, abym 08 grudnia pojechała busem Piotrka razem z Bożenką Świech i z miłymi wolontariuszami do szpitala na Stabłowice jako dziesiąty PAJACYK. Jeden z chłopców przebrał się za św. Mikołaja i radość dzieci była ogromna. Przy okazji pokazałam Dr Ujmie swoją rękę i złożyłam zaległe życzenia imieninowe. Teraz bym chciała dojechać tu z dużymi maskotkami pod choinkę, ale nie wiem, jak to będzie… Już nic nie planuję. Zadzwoniła też do mnie nowa opiekunka, która miała robić z Mamą zakupy.

09 grudnia Beatka przyszła rano i wieczorem, Pan Kamil wymęczył mnie dwunasty raz, a na świecie pojawił się drugi wnuk Lucynki - Eryk.

W sobotę 10 grudnia znowu się ociepliło. Korzystając z pomocy Ali Stanisławskiej przy zejściu po schodach, poszłam z Beatą do kościoła św. Michała przy ulicy Bolesława Prusa na modlitwę o uzdrowienie. Prowadził ją młody człowiek z Odnowy w Duchu Świętym ze Skierniewic. Akurat trafiłam na składanie świadectw. Potem zjadłyśmy obiad w Galerii Dominikańskiej i tam zrobiłam zakupy. Wieczorem przyszła Lucynka i pokazała nam zdjęcie Eryka. Przy wietrznej niedzieli - 11 grudnia - odwiedziła mnie Karolinka z Wałbrzycha ze swoją Rodzinką. Ale dziewczynki urosły! Dostałam nowy, ładny kalendarz Beaty Pawlikowskiej. Karolinka obejrzała moją gojąca się już rękę. 12 grudnia Dorota Łobodzińska podrzuciła mi obiady, a Pan Kamil trzynasty raz rozluźnił moje mięśnie. 13 grudnia w 35 Rocznicę Wprowadzenia Stanu Wojennego Mama zrobiła zakupy z Panią Buczyłko, a do mnie dzwoniła druga opiekunka z "MOPSU".

14 grudnia pogoda zaczęła się psuć. Beata mnie rano umyła i ubrała, a za oknem coraz chłodniej i ponuro. Wojtek podrzucił nam obiady, a Lucynka wieczorem zrobiła mi lewatywę. W czwartek - 15 grudnia - dostałam jeszcze ryż od Marty, czternasty raz poćwiczyłam z Panem Kamilem, a potem weszłam pod ciepły prysznic. Następnego dzionka - 16 grudnia - zajęłam się pilnie pisaniem "PODSUMOWANIA ROKU", bo porobiły mi się zaległości. Niestety przeszkodziła mi w tym awaria drugiej żarówki w żyrandolu. I w tym momencie puściły mi nerwy. Prawie od pół roku czekamy na jakiegoś elektryka, a nikt nie ma czasu.

17 grudnia rano Beata mnie umyła i ubrała. Przyjechał Tomek Jarek i zabrał mnie na świąteczne zakupy do "AUCHAN" na Bielanach. Oprócz artykułów spożywczych kupiłam w "Leroy Merlin" nową lampę za 79 zł. Jak myśmy z tym wszystkim wrócili? Naprawdę nie wiem. Przy wysiadaniu z tramwaju rozbił się jeden szklany kubek. Tego też dnia dostałam smutnego smsa od Agaty z Otwocka. W nocy zmarła Ich czteroletnia córeczka Michalinka. Tragedia. W domu czekała na mnie paczka od Hani z Anglii. Przysłała mi fajne, ciepłe skarpetki i rękawiczki. 18 grudnia Piotrek Stanisławski zabrał mnie samochodem do kościoła, a potem po zakupy i na obiad. Wejść po schodach pomógł nam Janek Krasa. W ciągu dnia przyjechał Jacek z Bratem Beaty i zamontowali nowy żyrandol. I tak oto stała się jasność.

W przedświąteczny tydzień było trochę zajęć. 19 grudnia Beata przyszła rano i wieczorem, a ja poćwiczyłam piętnasty raz z Panem Kamilem. 20 grudnia Mama zaczęła szaleć ze świątecznymi zakupami. O pomoc przy wyjściu poprosiła Panią Buczyłko, a mnie odwiedziła Agnieszka Rożek. Dawno Jej nie widziałam, więc było o czym rozmawiać. I tak oto 21 grudnia przywitaliśmy astronomiczną zimę, a ja dostałam śliczne kalendarze od Jurka Owsiaka z WOŚP. Wieczorkiem wpadła Lucynka i ulżyła mojemu jelitu.

22 grudnia w urodziny Mateusza z Kłodzka i w pierwszy dzień kalendarzowej zimy biedna Agata z Filipem pochowali Michasię. W takich momentach zawsze zadaję Panu Bogu pytanie: czy wie, co robi i czy to ma jakiś sens? Chyba nie. Do łóżka położyłam się po ciepłej kąpieli, przy które pomogły mi Lucynka z Malwiną. Lubię jak do mnie przychodzą, bo wtedy jest wesoło.

Przed samą Wigilią 23 grudnia przy chłodnej, ale nie śnieżnej pogodzie znajomi zaczęli znosić nam jedzenie. Marian Skutnik coś tam przywiózł, a Marcin Klimczewski podrzucił wodę. W ten sposób lodówka zaczęła pękać w szwach. W wigilijny poranek 24 grudnia pogoda przypominała zgniłą, deszczową jesień. Śniegu ani śladu. Beata ładnie mnie ubrała, bo dostałam od Mamy śliczny sweterek, a ja Jej wręczyłam nowe talerze. Zawsze się przydadzą w kuchni. W czasie wypatrywania pierwszej gwiazdki na niebie i składania życzeń znajomym Emila ze Szczodrego przysłała nam przez Leszka i Oskara trochę smakołyków, a za chwilę wpadł Kuba Jędrusik z pyszną rybką w greckim sosie. Nie omieszkałam jej spróbować. Przed wyjazdem do Jacka i Beaty złożyłyśmy życzenia w Lądku Zdroju i Hani z Anglii. Niedługo mają przylecieć do Polski. Kolacja wigilijna przebiegła w rodzinnej atmosferze, bo przyjechała jeszcze Ciotka Irena z Katowic. Przy stole zabrakło tylko Młodej Pary, bo pojechali w podróż poślubną na Nową zelandię. Fajnie mają, bo tam ciepło.

Pierwszy dzień Świąt 25 grudnia w Boże Narodzenie wybrałam się z Alą i z Piotrkiem Stanisławskimi do kościoła. Dobrze, że mają samochód, bo lało jak z cebra. Potem zaprosili mnie do siebie na świąteczny obiad. Było mi tylko żal Mamy, która została sama w domu. Niestety wszystkiego nie da się jednak pogodzić. Spędziłam z Nią za to drugi dzień świąt - 26 grudnia. Zza chmur wyszło upragnione słoneczko, ale wiatr zaczął wzmagać swoje podmuchy i przemienił się w niszczący wszystko co napotka orkan "Barbara". Po świętach rano 27 grudnia dotarła do mnie Beata. Dwa dni spędziła u swojego Taty w Kamieńcu Wrocławskim. Aby nie musiała dojeżdżać rano z Pawłowic, jakimś cudem załatwiłam Jej pokój we Wrocławiu przy ul. Powstańców Śl. Teraz tylko musi znaleźć czas na przeprowadzkę.

I tak oto kończy się rok, a ja nie miałam z kim pojechać z dużymi maskotkami do dzieci ze szpitala. Czułam się z tym bardzo źle, ale dzielni wolontariusze zrobili mnie w konia. Dla Nich to była zwykła zabawa, a ja to traktuję jako obowiązek. Niewiele myśląc, skorzystałam z propozycji Janka Krasy, który miał wolne w pracy i 29 grudnia pojechaliśmy tramwajem jako jedenasty PAJACYK do szpitala na Stabłowice z pełną torbą maskotek i świątecznych słodyczy. Po drodze zarejestrowałam swój telefon komórkowy, bo takie są nowo wprowadzone wymogi antyterrorystyczne. Dzieciaki ucieszyły się z kolorowych pluszaków i balonów, a Pani Doktor Ujma podziękowała za kalendarz od WOŚP i życzenia. Chwilę porozmawiałam z Joasią psycholog i po obiedzie w szpitalnym barze zmęczona wróciłam do domu. Posiłek ten, a dokładnie pierogi, nie wyszły mi na zdrowie, bo 30 grudnia zaczął mnie boleć żołądek. Z tego też powodu odmówiłam gimnastykę. Odwiedziła nas z Mamą Ania Haglauer, a wieczorem wpadła Lucynka z zakupami i kropelkami. Choroba w tym momencie zupełnie nie była mi na rękę, bo na Sylwestra 31 grudnia umówiłyśmy się z Beatą do Wspólnoty "ARKA" przy ulicy Jutrosińskiej. Może w Nowy Rok spadnie troszkę śniegu? Jaki będzie ten rok? Tego nikt nie wie, a ja będę się starała dalej opisywać jego wydarzenia na łamach mojej przekształconej już stronki www.kasiapajacyk.pl, na którą serdecznie zapraszam. Mam też zamiar przywrócić do życia Księgę Gości, dzięki czemu będę wiedziała, co myślicie o mojej twórczości.

D O S I E G O    R O K U    K O C H A N I

- Kasia -


Wrocław, dn. 31 grudnia 2016 roku.