Cuda się zdarzają




Nie wiem jak to się stało, ale we wtorek zadzwonił do mnie Mateusz z Kłodzka i spytał czy PAJACYK chce jechać czwarty raz w tym roku na dalekie Stabłowice do swoich podopiecznych z oddziału neurologii dziecięcej w szpitalu im. Marciniaka przy ul. Fieldorfa we Wrocławiu? Aż podskoczyłam z radości i szybciutko zadzwoniłam do Asi psycholog. Tak - możemy przyjechać.

I tak oto 31. 08. 2017 roku w upalny czwartek wyruszyliśmy samochodem do szpitala. Oj, dawno tam nie byłam, oj dawno. Mateusz wrócił z Niemiec, gdzie pracował jako opiekun osób starszych. Długo żeśmy się nie widzieli. Z uwagi na to, że mieliśmy jeszcze czas do wejścia na oddział, poszliśmy do szpitalnego baru na dobry sok.

Na pierwszym piętrze zastaliśmy dużo małych pacjentów. Joasia psycholog jest zajęta, bo idzie na urlop. Rozkładamy zabawki, słodycze, kolorowe balony i artykuły szkolne na świetlicowym stole. Wszystko się podobało i znalazło właściciela. Jedna Pani z córeczką znała mnie jeszcze ze starego szpitala. Miło mi było, że doceniła moją pracę. Szkoda tylko, że tak mało widziałam na to swoje oko. Chwilkę porozmawiałam z Asią, korzystam z łazienki. Trzeba wracać. Upał w samochodzie dał się nam w złe znaki. W znanym nam barze przy ulicy Traugutta zjedliśmy dobry obiad, a tuż obok w nowo otwartym lokalu wypiliśmy lemoniadę. Ze względu na męczący mnie kaszel nie zjadłam lodów.

I tak oto kolejny raz dzięki Mateuszowi spełniłam swój obowiązek wobec chorych dzieci. Może dla przeciętnego człowieka, który żyje w zabieganym świecie swoimi problemami to nic takiego, ale ja mimo zmęczenia poczułam w sercu prawdziwą radość, że jeszcze coś mogę robić dla innych i niech to trwa jak najdłużej.

- Kasia -


Wrocław, dn. 31 sierpnia 2017 roku.