P O D S U M O W A N I E    R O K U    2016



Zabawa sylwestrowa we Wspólnocie "ARKA" byla udana i trwala do bialego rana. My z Beatka polozylysmy sie po godzinie pierwszej. Rano 01 stycznia ciezko sie wstawalo, ale po szybkim sniadanku poszlysmy na Msze sw. do Franciszkanów. Lubie ten kosciól ze wzgledu na najwieksza w Europie szopke. Pogoda nam dopisala, bo wyszlo slonce, a sniegu ani sladu. Po kosciele wrócilam autobusem do domu, a wieczorem Lucynka polozyla mnie do lózka. W ten sposób Beata miala czas, aby przeprowadzic sie z Pawlowic do Wroclawia. 02 stycznia zaczal padac snieg i zrobilo sie pochmurno. W taka pogode niechetnie wstaje sie z cieplego lózka. Tego tez dnia zaliczylysmy z Mama ksiedza po koledzie. 03 stycznia Beata rano mnie umyla i ubrala. Pare godzin pózniej zadzwonila nasza Beata ze smutna wiadomoscia. Zmarl Jej Ojciec. Szkoda. Ostatni raz widzialam Go we Wszystkich Swietych.

Wieczorkiem Lucynka zrobila mi lewatywe. 04 stycznia Beata podrzucila nam w poludnie obiad, a w Jej slady poszedl Wojtek, z którym tradycyjnie, jak co roku, umówilam sie na Orszak Trzech Króli. Oprócz obiadu przywiózl mi szczepke kwiatka od Marty, z która pracuje. 05 stycznia zaczelo przerazliwie wiac, a nas odwiedzily Panie z "MOPSU", które zwiekszyly godziny Beacie. Teraz bedzie nam robila zakupy, gdyz Mama juz wcale nie wychodzi z domu. Skorzystalam z okazji, ze jest z kim zejsc po schodach, i mimo wichury poszlam z Jedrkiem Nadolnym do fryzjera, na dobry obiad i pozalatwiac rózne sprawy. Wywialo nas okrutnie, ale na poczcie nadalam paczke dla Karolinki z Walbrzycha, bo 15 stycznia bedzie miala urodziny. Myslalam, ze wieczorem Lucynka mnie wykapie, ale rozchorowala sie na zapalenie oskrzeli. Do lózka polozyla mnie Malwinka, która przyniosla nam z Mariuszem kolejny obiad. Orszak Trzech Króli 06 stycznia przeszedl ulicami miasta w paskudna i wietrzna pogode. Obydwie z mala Emilka na kolanach nie moglysmy oddychac. W koncu poszla Ona razem z Ewa do baru "Hubertus" przy ul. Olawskiej, a ja z Wojtkiem pstryknelam pare fotek, zebralam kilka kolorowych koron i juz za chwile siedzielismy przy cieplym, smacznym rosole. 08 stycznia w niedziele w mrozna i sloneczna pogode Beatka rano mnie umyla i ubrala, a ja zajelam sie robieniem okladki do artykulów. Efekt tego byl taki, ze drukarka nie chciala ciagnac grubszego papieru. Dlatego tez wpadl Piotrek Stanislawski, ale nic nie zrobil. Wieczorem wpadla Jola i wyjatkowo pomogla mi przy lewatywie.

09 stycznia odwiedzil nas niespodziewanie Bogus Lewoc - kolega Taty - i przyniósl ladnego kwiatka. Od razu weselej sie zrobilo w pokoju. W lózku wyladowalam po cieplej kapieli, w której pomogly Lucynka i Malwinka. 10 stycznia spotkalam sie szesnasty raz po swiatecznej przerwie z Panem Kamilem na gimnastyce. Oj, trudno bylo rozruszac zastale miesnie ….........

11 stycznia przy mroznej, slonecznej pogodzie, po porannej toalecie z Beata, spotkala mnie mila niespodzianka. Przyjechala z Bielska - Bialej Asia Halat - Bujok. Dawnosmy sie nie widzialy. Przy zamówionej pizzy pochwalila sie, ze jest w ciazy. Brawo! 12 stycznia Beatka zrobila nam zakupy, a Pan Kamil przyszedl na siedemnasta gimnastyke. Dowiedzialam sie tez, ze Karolinka z Walbrzycha dostala moja paczke. Dlugo szla, ale grunt, ze dotarla przed Jej urodzinami. 13 stycznia nastapila odwilz, a Beata zaczela sie szykowac do drobnego zabiegu w szpitalu i zaczela szukac kogos na zastepstwo. Niestety na pomoc z "MOPSU" nie moglysmy liczyc w tym wzgledzie. Mariusz Jedrusik podrzucil nam obiady, a Lucynka zrobila mi lewatywe. 14 stycznia wpadl Jacek z Beata i przyniesli pierogi i wode, a Agnieszka Rozek wpadla po moje artykuly, aby je oddac do oprawy. Wieczorem poznalam mila Pania Józie z Pawlowic. Zgodzila sie zastapic Beatke od soboty. 15 stycznia poprószylo sniegiem, a mysmy sie wybraly na 25 Final WOSP, która w tym roku zbierala pieniadze na pediatrie i leczenie seniorów. Po Mszy sw. w kosciele Franciszkanów przy ulicy Sudeckiej wrzucilam do puszki pare zlotych, a w zamian za to dostalam serduszka, które chcialam przyczepic do maskotek dla dzieci z oddzialu. Reszte dnia spedzilam u Beaty i Jej wspóllokatorek w nowym mieszkanku przy ulicy Powstanców Sl. Po drodze kupilysmy makaron i sos, aby w malej kuchence przygotowac jakis obiad. Na deser byly ciastka i wino.....

17 stycznia Beata tak sobie ustawila grafik w pracy, ze w poludnie zabrala mnie do Optyka pod Arkady, gdzie okulistka zbadala mi wzrok i przepisala mocniejsze szklo na lewe oko, bo prawe nadaje sie tylko do usuniecia zacmy. Chwile poczekalysmy i jest ciut lepiej. W barze "Jacek i Agatka" zjadlysmy dobry obiad, a Beatka juz zaczela kaszlec. W tej sytuacji Jej zabieg, na który czekala, byl niepewny. Pojechalysmy jeszcze do kosciola przy ul. Olbinskiej, gdzie byla Msza o uzdrowienie. Zmarznieta na kosc padlam w lózku o godzinie 22.00. Skutek tego byl oplakany, gdyz 18 stycznia Beatka zrobila nam zakupy i sie rozchorowala, co wykluczylo Jej zabieg. Za oknem spadl snieg, a Lucynka zrobila mi wieczorem lewatywe....

Chcac nie chcac, od 19 stycznia przez dwa dni bylam zdana na pomoc Pani Józi z Pawlowic, która okazala sie bardzo zyczliwa osoba. W miedzyczasie Wojtek podrzucil nam obiady i wode, a ja osiemnasty raz pocwiczylam z Panem Kamilem. 21 stycznia w Dzien Babci i w imieniny Agnieszki przy slonecznej pogodzie Lucynka mnie rano umyla i ubrala, bo nikt sie nie zjawil, a w poludnie poznalam Pania Malgosie z "Mopsu", która miala zastapic Beate rano i wieczorem. Irenka Piosik zrobila nam zakupy. Troche sobie pogadalysmy. 22 stycznia - w Dzien Dziadka - zostalam rano zwleczona z lózka przez nowa opiekunke, która nie zagrzala u mnie miejsca, bo wieczorem przyszla z jakimis typami i proponowala mi skreta. Jednym slowem doborowe towarzystwo spod ciemnej gwiazdy. Tego dnia Karolinka Soczynska podrzucila nam obiad.

Z opresji rannego wstawania i wieczornego kladzenia sie do lózka ratowala mnie Lucynka. 23 stycznia, aby poprawic mi humor, Tadeusz z Chrzastawy Wielkiej dal mi nowy link do zepsutej "Ksiegi gosci" na mojej stronce, a ja go przeslalam Ksiedzu Grzegorzowi. Juz na drugi dzien - 24 stycznia - mialam pierwsze wpisy od czytelników, z czego sie bardzo cieszylam. Natomiast Tomek Jarek zrobil nam zakupy. Na drugi dzien 25 stycznia wrócila do mnie jeszcze kaszlaca Beatka, a ja nie dalam rady oprzec sie wirusom i po wieczornej kapieli, przy której pomogly mi Lucynka z Malwinka, rozlozylo mnie na lopatki. Wysoka goraczka, katar i kaszel zupelnie sciely mnie z nóg. Najgorsze bylo to, ze w ciagu dnia nie moglam sie polozyc, bo Mama by mnie nie podniosla. Raz przy najwyzszej goraczce 26 stycznia Wojtek przyjechal z pracy, aby mnie posadzic. A tak to dbaly o mnie Beatka z Lucynka. I to Ona wlasnie 27 stycznia zawolala lekarza z przychodni. Osluchal mnie i dal antybiotyk, syrop i lek oslonowy. No i zaczelo sie zazywanie. Trwalo to do konca stycznia przy mroznej i snieznej pogodzie, a potem Mama zaczela kichac. 30 stycznia Ola Targowska ze Swiebodzic przyslala mi lewatywe "ENEME", a wieczorem wpadla Beata z Jackiem, aby omówic z moja Beatka dalsza forme opieki. Caly czas mamy klopoty z "MOPSEM" i trzeba cos zmienic.............

01 lutego przywital nas topniejacym powoli sniegiem, a moje szlachetne zdrówko jakby sie poprawialo. Zaczelam kombinowac, jak wyjsc z domu. W miedzyczasie 02 lutego Marta Chowaniec podrzucila mi jakis makaronik, a niezawodna Lucynka obiady. 03 lutego snieg calkowicie stopnial, a Beatka zrobila nam zakupy. 04 lutego moja drukarka odmówila posluszenstwa na dobre, a akurat mialam do odbicia wazny dokument. Chce bowiem przeniesc sie z "MOPSU" do "Wroclawskiego Centrum Zdrowia", gdzie pracuje Beata jako opiekunka. A co z tego wyniknie, to zobaczymy ..........

Dnia 05 lutego, w imieniny Agaty, juz wyzdrowialam, leki poszly w kat, a ja wybralam sie z Beatka na Msze sw. u Dominikanów, a potem z Tomkiem Jarkiem zjedlismy dobry obiad w Galerii Dominikanskiej, gdzie obejrzalam sobie drukarki w "Media Markt". Swieze powietrze dobrze mi zrobilo, ale kaszel nie chcial sie ode mnie odczepic. 06 lutego przy zimnej, bezsnieznej pogodzie odwiedzil nas Mateusz z "ARKI". Wybiera sie znowu do pracy w Niemczech jako opiekun. 07 lutego Agnieszka Rozek podrzucila mi slicznie oprawione artykuly i pojechala na rekolekcje w Bieszczady. 09 lutego caly czas bylo chlodno. Beata i Marta przyniosly obiady z baru, a Lucynka wieczorem zrobila lewatywe. Na drugi dzien - 10 lutego - mialam kapiel.

11 lutego w 25 Swiatowy Dzien Chorego poszlam z Beata do kosciola u Dominikanów na Msze o uzdrowienie. Tego tez dnia minelo szesc lat, jak znam Marcina i Agnieszke. 12 lutego w chlodna, sloneczna pogode Lucynka pomogla mi wstac, a wieczorem polozyla mnie do lózka. W Walentynki - 14 lutego - pogoda zwariowala i dostalam tylko kupione przez Beate obiady i zakupy od Lucynki. 15 lutego zaczela sie kolejna odwilz, a nas odwiedzila pani Agnieszka Stolarska - pracownik z "MOPSU", która jednoznacznie odradzila mi przystapienie do "Wroclawskiego Centrum Zdrowia". Aby jeszcze zasiegnac opinii innych osób i miec calkowita pewnosc, 16 lutego przy slonecznej i cieplej pogodzie pojechalam z Beatka do szpitala na Stablowicach jako pierwszy "PAJACYK" z maskotkami i ze slodyczami dla dzieci. Radosc byla ogromna, a rzeczowa rozmowa z Joasia psycholog rozwiala calkowicie moje watpliwosci. 17 lutego odwiedzila nas Ciocia Tusia z ladnym bratkiem w doniczce. Moze to juz wiosna nadchodzi ? 19 lutego skonczyla sie sielanka z Beatka, bo poklócila sie z moja Mama. A wszystko poszlo o to, ze rzadzila sie w naszej lodówce. Dziewczyna chciala dobrze. Razem jadlysmy kolacje i to mi odpowiadalo. Niestety moja Mama, mimo ze juz coraz gorzej sobie radzila, nikomu wladzy nie chciala oddac. Beata zglosila do "MOPSU", aby szukali dla mnie nowej opiekunki. Padl wtedy na mnie blady strach, bo nie chcialam Jej stracic. 20 lutego zaczelo sie troche ocieplac, a Lucynka zrobila mi lewatywe. Nastepnego dzionka - 21 lutego - w miesiac przed kalendarzowa wiosna Ada z Ramiszowa przywiozla mi ryz z warzywami, a wieczorem po dlugiej przerwie chorobowej pocwiczylam dziewietnasty raz z Panem Kamilem. Oj, ciezko bylo rozruszac zastale kosci. Lucynka natomiast podrzucila nam maslo......p>

I tak oto nadszedl 23 lutego - Tlusty Czwartek. Przed wroclawskimi cukierniami ustawily sie kilometrowe kolejki, bo kazdy chcial zjesc kalorycznego paczka. Ja tez po dwudziestej gimnastyce pozwolilam sobie na jednego paczka, którego przywiózl nam Jacek z Beata. Przy okazji zrobili zakupy, a Beatka wieczorem polozyla mnie do lózka. 24 lutego przez nasz kraj przeszly wichury, które wyrzadzily duzo szkód. Mimo nieciekawej aury 25 lutego wybralam sie z Beata do kosciola Salezjanów na ciekawy wyklad o pokoju i atakach zlego. W przerwie w gimnazjum salezjanskim im. Edyty Stein przy kawie i ciastku poznalam wiele ciekawych osób. W drodze powrotnej wstapilysmy na dobry obiad do nowego baru, a w "Jacku i Agatce" kupilam cos na zab do domu. W pobliskiej Hali Targowej wybralam kolorowe tulipanki. W ten sposób zapoczatkowalam swój wiosenny bukiet w pokoju. Ostatniego dnia ferii - 26 lutego - przy pieknej, cieplej pogodzie spotkala mnie mila niespodzianka. Beata mnie rano umyla i ubrala, a potem razem z Tomkiem Jarkiem poszlismy na Msze do mojej parafii Bozego Ciala. Dawno tam nie bylam ze wzgledu na schody. I tak oto wysluchalam Slowa Bozego, które mial ks. Pawel. Dwa lata temu przy koledzie dal mi swoja plyte. Teraz poprosilam o nastepna. Pokrzepiona na duchu rozstalam sie z Beata i pojechalismy z Tomkiem do "CARREFOURA" na obiad i drobne zakupy, co uwiecznilam na zdjeciach. I tak oto skonczyly sie ferie, a 27 lutego dzien juz znacznie sie wydluzyl, a sloneczko zaczelo zagladac do mojego pokoju. Beata w poludnie przyniosla nam obiad z baru, a wieczorem Lucynka z Malwinka wykapaly mnie. 28 lutego nadeszly Ostatki i koniec karnawalu. Zamiast bawic sie w jakims lokalu, ja cwiczylam dwudziesty pierwszy raz z Panem Kamilem..

01 marca w Srode Popielcowa troche sie zachmurzylo, a mnie odwiedzila Bozena Swiech i przyniosla slodycze dla dzieci z oddzialu. 02 marca Beatka kupila obiady, Wojtek tez przyniósl cos na zab, a ja dwudziesty drugi raz pocwiczylam z Panem Kamilem. 03 marca Bozenka z Kalisza, z która siedzialam w szkolnej lawce, skonczyla 55 lat, a ja tyle samo bede miala w czerwcu. O rany! Jakos to do mnie nie dociera. W niedziele 05 marca Irek z Monika zabrali mnie do kosciola, a potem zjadlam z Irkiem dobrego gyrosa, w "KAUFLANDZIE" zrobilam zakupy i przy pieknej, slonecznej pogodzie przespacerowalismy sie po rynku pelnym ludzi. Na placu Solnym kupilam nowe tulipanki do swojego bukietu. 06 marca mimo slonca ochlodzilo sie. Beatka w poludnie przyniosla nam obiad z baru, a wieczorem przyprowadzila swoja kolezanke Ilonke. Bardzo mila dziewczyna. Pracuje w szkole jako katechetka. Moze mi zbierze troche zabawek dla chorych dzieci? 07 marca pogoda sie chwilowo popsula, a ja dwudziesty trzeci raz pocwiczylam z Panem Kamilem. 08 marca w Dzien Kobiet odwiedzila nas Jola ze Swidnicy. Przywiozla dobry ryz z warzywami, pare ladnych rzeczy do ubrania oraz duza paczke pampersów, dzieki czemu nie bede juz musiala kupowac . Mój wiosenny bukiet wzbogacil sie o forsycje z ogródka. Po pracy wpadl Jacek z piekna róza dla Beatki i kolorowymi tulipanami, a Mama oddala Mu 520 zl za "MOPS", gdyz to Oni sie z Nimi rozliczaja. 09 marca, przy pochmurnej pogodzie, w imieniny Franciszka Beatka kupila nam obiady w barze, a wieczorem przyszla Lucynka na lewatywe. Przy okazji zrobila jakies zakupy. 10 marca odwiedzil nas Mariusz Jedrusik i przywiózl jedzenie. Nastepnego dnia - 11 marca - odezwal sie Jedrek. Przyjechal na pare dni do Polski z Frankfurtu, gdzie teraz studiuje i wzial mnie na spacer. Pogoda nam dopisala, bo zza chmur wyszlo sloneczko. Oprócz dobrego obiadu w barze zwiedzilam Aule Leopoldina na Uniwersytecie Wroclawskim i porobilam fotki. Wstapilismy tez do mojej parafii, gdzie ksiadz obdarowal mnie pasta do zebów. Kolejna, ciepla niedziele - 12 marca - spedzilam z Beatka. Po Mszy sw. poszlysmy na dobry obiad, a wejsc na góre pomógl Mikolaj - brat Jedrka. Tego tez dnia obchodzil imieniny ks. Grzegorz, z którym rozmawialam dzien wczesniej. I tak oto 13 marca nadeszly imieniny Bozeny z Kalisza, ale niestety nie dodzwonilam sie do Niej z zyczeniami............

W polowie miesiaca - 14 marca - ochlodzilo sie, a ja zostalam bez butów, w których chodze po domu, i Beata zaniosla je do szewca. Wieczorkiem Lucynka z Malwinka wykapaly mnie i przyniosly obiad. 16 marca Ula Jedrusik skonczyla 13 lat, a ja dwudziesty czwarty raz pocwiczylam z Panem Kamilem.

17 marca w imieniny Zbigniewa zlozylam serdeczne zyczenia solenizantom, a Mariusz Jedrusik przywiózl nam dobre nalesniki. Zalatwil mi tez kolejna paczke pampersów. 18 marca przy paskudnej, deszczowej pogodzie odwiedzila nas Ala Stanislawska z obiadem. Przy okazji odkurzyla nam mieszkanie. Niedawno sie przeprowadzili na obrzeza Wroclawia. Martwi mnie to, bo teraz bede Ich rzadko widziala. Po poludniu wpadla Asia Bator z ladna gerbera w doniczce i z kura z rozna. Dawnosmy sie nie widzialy i bylo o czym pogadac. Nastepnego dnia - 19 marca - po Mszy sw. w kosciele Dominikanów zrobilam z Beata zakupy, a potem pojechalysmy dwoma autobusami do Pawlowic na imieniny Pani Józi. Mieszka Ona w Klasztorze Sióstr Benedyktynek Sakramentek. Niestety pogoda nam nie dopisala i do Wroclawia przywiózl nas Piotrek Chowaniec............................................................

20 marca chlodna pogoda przywitalismy astronomiczna wiosne, a nas odwiedzila Emila ze Szczodrego. Przywiozla pieknego zajaca z wikliny, bazie z ogrodu i ryz z boczkiem. Dawno Jej nie widzialysmy, wiec bylo o czym rozmawiac. W czerwcu ma Komunie syna. 21 marca zawitala do nas kalendarzowa wiosenka. Wojtek przywiózl nam wode i obiad z pracy, a Lucynka zrobila zakupy i lewatywe. Ostatnio nazbieralam "ENEMY" wsród znajomych, co mi bardzo pomaga, bo nie musze stale kupowac. 23 marca pogoda wcale nie przypominala wiosny, a ja wykapalam sie z pomoca Lucynki i Malwinki. Dwa dni pózniej - 25 marca - zaczelo sie ocieplac, a Tomek Jarek zabral mnie po zakupy na Bielany do supermarketu "AUCHAN". Tam tez zjedlismy dobry obiad, a ja popstrykalam fotki, bo juz sie zaczynalo zielenic, a drzewa wypuszczaly niesmiale paczki. W domu zastalam Piotrka Stanislawskiego, który przestawil nam zegarki na czas letni. 26 marca w urodziny niezyjacej juz Cioci Ali przy cieplej, slonecznej pogodzie wybralam sie z Beatka i z Ilona do kosciola Dominikanów. Pózniej zjadlysmy dobry obiad, zrobilam zakupy, a na deser przycupnelysmy jeszcze z dwiema kolezankami w nowo otwartej herbaciarni.

Dwa dni pózniej - 28 marca - przyszly Panie z "MOPSU", aby w towarzystwie psycholog i dwóch Beat zwiekszyc nam godziny. Beatka chciala miec wolne weekendy ze wzgledu na chorego Ojca. W maju natomiast idzie na zabieg i potrzebuje zastepstwa. Mama sie przerazila, bo to wyszlo ponad 800 zl.

29 marca przy cieplej, wietrznej pogodzie spotkala mnie mila niespodzianka. Przyjechal Mateusz z "ARKI" i wzial mnie na deszczowy spacer. Tego tez dnia Ilonka podrzucila mi cos na zab z baru i sliczne zabawki dla dzieci ze szpitala, a wieczorem Malwina od Lucynki podala obiady od Mariusza. Marzec zakonczyl sie piekna, sloneczna pogoda, a mysmy z Mama ostatniego jego dnia - 31-go - spakowaly zajaczki i kurczaczki dla dzieci do szpitala. Mialam bowiem nadzieje, ze ktos tam mnie zawiezie. Jeszcze Ilonka dala mi troche rzeczy od swoich uczniów.

01 kwietnia, w Prima a Prilis, tuz przed Beata rano przyszla nowa opiekunka z "MOPSU" - mloda Edyta z Zakrzowa. Miala Ona zastapic Ja w weekendy. Niestety juz od drzwi powiedziala, ze to za daleko jezdzic. Niedziela 02 kwietnia dopisala pod wzgledem pogody. Do kosciola w 12 Rocznice smierci Jana Pawla II zabral mnie Piotrek Stanislawski, a potem po dobrej pizzy zrobilam zakupy w markecie "CAREEFOUR". 03 kwietnia zachmurzylo sie, a Beata przyniosla nam w poludnie wode i ladne kwiatki do flakonu. Caly czas dbam o swój bukiet wielkanocny. Wieczorem Lucynka z Malwinka ufarbowaly mi wlosy i wykapaly. Przy tej okazji wypilysmy dobre piwko cytrynowe.

04 kwietnia wyszlo sloneczko i od razu swiat stal sie piekniejszy. Beatka przyszla rano i wieczorem, a mysmy z Mama spakowaly slodycze dla dzieciaków. Przerwal nam to przyslany z "Mopsu" opiekun w spodniach, który mial mi pomagac w toalecie w poludnie. Przerazone z Mama szybko wyprosilysmy Go z mieszkania. Po poludniu Ilonka przyniosla nam obiady.

Nastepnego dnia - 05 kwietnia - spotkala mnie mila niespodzianka. Jurek Owsiak z WOSP przyslal mi paczke, a w niej dwie koszulki i ksiazke o dzialalnosci Fundacji. Oprócz tego dostalam zyczenia swiateczne, bo Wielkanoc za pasem. W czwartek 06 kwietnia zebralam wszystkie rzeczy dla dzieciaków z oddzialu neurologicznego w szpitalu im. Marciniaka przy ulicy Fieldorfa i przyszla Bozena Swiech z dzielnymi wolontariuszami. Znalam juz Ich z poprzedniego razu. Niestety teraz nie zamówilam zadnego transportu dla drugiego "PAJACYKA". Niestety pogoda nam nie dopisala i w przeciagu godziny w drodze na przystanek nad naszymi glowami przetoczyly sie cztery pory roku: grad, deszcz i slonce. Na domiar zlego przyjechal tramwaj ze schodami. Jakim cudem znalazlam sie w srodku, to nie wiem. Zanim dotarlismy do dzieci ubrania nam wyschly, ale nie do konca. Chwile porozmawialam z Joasia psycholog i z Doktor Ujma. Na swietlicowym stole rozkladamy kolorowe zajaczki, slodycze oraz kolorowe balony. Wszystko sie w mig rozeszlo, a dzieciaki z wypiekami na buzkach dziekowaly mi ze swoimi Rodzicami. Szkoda, ze jestem tu tak rzadko. W barze zjadlam obiad i wrócilismy do domu. Szybko przelalam wrazenia na papier, a Marta Chowaniec podrzucila dobre golabki. Z radoscia przywitalam wieczorem Beatke, która polozyla mnie do lózka.

W Niedziele Palmowa - 09 kwietnia - przyszla ta Edyta z "MOPSU", która ma zastapic Beatke w maju, a jak to bedzie, to sie okaze. Na dworze robi sie coraz cieplej, a mysmy poszly na Msze sw. do Dominikanów, aby poswiecic kolorowa palme, która zrobilysmy same w drodze do kosciola. Powstala z kwiatków zerwanych na trawniku, a bazie dal nam mily sasiad. Obiad zjadlysmy w znajomym lokalu, a potem dolaczyl do nas Tomek Jarek z mila Iza. Juz sami poszlismy do rynku , gdzie poznalam kolezanki Tomka z Wloch. Wejsc na góre pomógl nam Jacek, który przywiózl z Beata wode, a ja dostalam ladne galazki do flakonu.

10 kwietnia przy cieplej i slonecznej aurze przypadla 7 Rocznica Katastrofy Smolenskiej i zwiazane z nia obchody. A u mnie codzienny dzien z obowiazkami. Pan Kamil rehabilitant po dluzszej nieobecnosci rozluznil moje miesnie dwudziesty piaty raz. 11 kwietnia w Wielkim Tygodniu Beata miala cos rano do zalatwienia i dlatego zastapila Ja u mnie Pani Józia z Pawlowic. Przywiozla mi cos zielonego do bukietu, który stawal sie coraz okazalszy. Beatka wpadla w poludnie, a Lucynka podrzucila zakupy. 12 kwietnia znajomi zaczeli nam znosic rózne smakolyki na swieta. Ilonka dala obiady, a Marcin Klimczewski kupil wode i ciastka.

13 kwietnia wraz z Triduum Paschalnym znacznie sie ochlodzilo. Wojtek podrzucil nam nastepna wode innej firmy, pocwiczylam dwudziesty szósty raz z Panem Kamilem, a wieczorem Beata pomogla Lucynce przy mojej kapieli.

14 kwietnia w Wielki Piatek przy zimnej, nieprzyjemnej pogodzie wybralysmy sie z Jej kolezanka Kasia na piekna Liturgie Meki Panskiej do mojej parafii Bozego Ciala. Na dwie godziny przenioslam sie w inny swiat i stanelam oko w oko z ukrzyzowanym Chrystusem… Po przyjeciu Komunii sw. odebral nas Tomek Jarek i poszlismy do rynku na wegetarianska pizze. Smakowala ona wysmienicie po dlugim, calodniowym poscie. Przy okazji troche sie posmialismy i bardzo pózno wrócilam do domu, gdzie cierpliwie czekala Mama.

I tak nastalo zmartwychwstanie Jezusa 16 kwietnia w pierwszy dzien Wielkanocy. Rano Beatka mnie ladnie ubrala i pomalowala oko, powysylalam smsy z zyczeniami do znajomych i pojechalysmy na sniadanie do Jacka i Beaty na dalekie Stablowice. Pogoda byla pod zdechlym Azorkiem. W przeciagu godziny przewinely sie cztery pory roku: snieg, deszcz i wiatr. Do ladnie nakrytego swiatecznego stolu dosiadla sie kuzynka z Katowic - Ciocia Irena. Po posilku i rodzinnych rozmowach - niedlugo na swiecie pojawi sie maly Oskar - przyjechal po nas Mateusz z "ARKI". Mama wysiadla przy domu, a sami odwiedzilismy Wspólnote przy Jutrosinskiej, a potem juz cala grupa wzielismy udzial w Mszy sw. u Dominikanów. Na tym jednak nie koniec mojej swiatecznej wycieczki, bo jeszcze trzeba bylo odebrac Beate z Kamienca Wroclawskiego, aby polozyla mnie do lózka. Drugiego dnia swiat - 17 kwietnia- mialysmy z Mama podwójnego Smigusa Dyngusa. Pan Bóg oblal wszystkich sprawiedliwie z wysokiego Nieba, a rankiem pokropila nas Beatka, która mi pomogla rano i wieczorem. W ciagu dnia wpadla Renia Jedrusik z obiadem i Asia Bator, z która posiedzialam przy ciescie. Na zakonczenie swiat odebralam telefon od Marcina i Agnieszki. Po krótkiej i ostrej wymianie zdan zakonczylam nasza znajomosc, bo nie miala ona sensu.

Po swietach pogoda nie chciala sie poprawic. Wciaz bylo chlodno i deszczowo. 18 kwietnia oprócz Beaty rano odwiedzila nas pielegniarka z przychodni. Nie pobrala mi krwi, bo nie mialam skierowania. W poludnie pomogla mi w toalecie Lucynka, a wieczorem zrobila lewatywe i zakupy. Nastepnego dnia - 19 kwietnia - Ilonka przyniosla nam obiady z baru i przedstawila mi kolege Stasia ze Wspólnoty Odnowy w Duchu Swietym, który z kolega mial mnie brac na spacery. Natomiast wieczorem Beata polozyla mnie do lózka z pomoca Kasi, która miala zastapic Beate na czas Jej operacji.

20 kwietnia spotkalam sie po dluzszej przerwie z Panem Kamilem na dwudziestej siódmej gimnastyce. 21 kwietnia przy paskudnej pogodzie Beata mnie rano umyla, a w poludnie pomogla w ubikacji. Beata z Jackiem przyniesli Mamie recepty, a wieczorem Lucynka zrobila mi lewatywe i polozyla do lózka.

23 kwietnia Irek wzial mnie do kosciola, a potem po zakupy i na obiad do centrum handlowego "MAGNOLIA". Wejsc po schodach pomógl Jego kolega Krzysiek. 26 kwietnia odwiedzily nas Panie z "MOPSU" i orzekly, ze od maja przyjdzie nowa opiekunka rano, bo Beatka odchodzi . Nie bardzo mi sie to podobalo, ale co mialam poczac? Ilona przyniosla mi obiady z baru, a wieczorem Lucynka zrobila lewatywe i przyniosla zakupy. 27 kwietnia Beatka przyszla jeszcze rano i w poludnie, a ja dwudziesty ósmy raz pocwiczylam z Panem Kamilem. Wojtek podrzucil obiady, a wieczorem wykapalam sie z Lucynka i z Malwinka. Zawsze to okazja do pogadania. Na drugi dzien Lucynka wyjechala w góry na majówke.

29 kwietnia Beatka skonczyla 37 lat. Rano mnie umyla, ubrala i pomogla zejsc, bo pojechalam z Tomkiem Jarkiem na cmentarz. Dawno nie bylam na grobie Taty. Pogoda nam dopisala, bo bylo slonce i cieplo. Wracajac, wstapilismy na pizze, gdzie dolaczyla do nas Beatka. Ucieszyla sie z urodzinowego kwiatka, a potem juz same pojechalysmy do Wspólnoty "ARKA" przy ul. Jutrosinskiej, gdzie zrobili Jej niespodzianke. Wszystko uwiecznilam na zdjeciach. 30 kwietnia Beata przyszla do mnie ostatni raz jako opiekunka z "Mopsu". W poludnie przyjechal Tadek ze Chrzastawy ze swoja Rodzinka i zabrali mnie do rynku na kolejna pizze, a potem z innymi dziecmi puszczalismy kolorowe banki mydlane. Fajna zabawa. Pobuszowalam tez z Dagmara w ciuszkach w Galerii Dominikanskiej i zadowolona wrócilam do domu. Oddalam Tadkowi laptop do naprawy, a Beatka polozyla mnie spac.

I tak nastal cieply i sloneczny 01 maja - Swieto Pracy. Beata przyszla rano i wieczorem jako wolontariuszka, gdyz "Mops" nie zapewnil mi opiekunki. Ze wzgledu na wyjazd Lucynki poprosilam Agate o zrobienie mi lewatywy, gdyz tyle dni bym nie wytrzymala. Dawnosmy sie nie widzialy, wiec bylo o czym pogadac. 02 maja znowu sie ochlodzilo i zachmurzylo, tego dnia odwiedzila mnie Agnieszka Rozek, a Ala Lagodzinska przyniosla jedzenie.

W dniu 03 maja w 226 Rocznice Uchwalenia Konstytucji 3-go Maja nic sie ciekawego nie wydarzylo. Beatka przyszla do mnie rano, w poludnie i wieczorem, a ja juz nastawialam sie psychicznie na nasze pozegnanie. 04 maja rozpoczely sie w szkolach egzaminy maturalne, a ja dwudziesty dziewiaty raz pocwiczylam z Panem Kamilem. Z drugiego pokoju dobiegaly nas wzburzone glosy Beaty i Jacka w dyskusji z Mama na temat naszej opieki. 06 maja wyszlo sloneczko i na chwile sie ocieplilo. Rano ubrala mnie Edyta z "Mopsu", a w poludnie przyniosla obiad z baru. Za chwile wpadla nieoczekiwanie Beata z nastepnym daniem. Milo mi sie zrobilo.

W niedziele 07 maja znowu sie ochlodzilo. Umyta i wystrojona przez Edyte poszlam na niedzielny spacer i obiad z Bogusia Kazmierczak i z Tomkiem Jarkiem. Po drodze zrobilam drobne zakupy. Wieczorem Beata podciela mi grzywke i polozyla ostatni raz do lózka..................

No i zaczela sie kolomyjka. Brak opiekunki rano i wieczorem zupelnie wytracil nas z równowagi. Przychodzily rózne Panie po dwa, trzy dni i rezygnowaly. Na szczescie Lucynka byla zawsze na posterunku, za co jestem Jej bardzo wdzieczna. Na domiar zlego Mame zaczela bolec reka i nie mogla nic robic. 12 maja pojawila sie u mnie docelowa opiekunka z "MOPSU" - Pani Beatka. Zaczelam wiec szukac kolezanek, aby polozyly mnie wieczorem do lózka. Miedzy 08 a 14 maja troche sie Ich przewinelo, a ja juz bylam bardzo zmeczona ta sytuacja. W miedzyczasie znajomi przynosili nam obiady, raz sie wykapalam. Tego napiecia nie wytrzymal mój organizm i dostalam rozwolnienia, co nie bylo przyjemne dla innych osób. 15 maja w zimna Zoske pogoda sie "nie sprawdzila", bo bylo cieplo i slonecznie. Rano przyszla Pani Beatka, Lucynka w poludnie, a do lózeczka polozyla mnie jak grzeczna dziewczynke Dorotka Lobodzinska. Tego tez dnia dowiedzialam sie, ze Beatka Deren nie miala operacji, bo jest chora. Przykro mi sie zrobilo, bo naprawde Ja lubilam, a przez takie sytuacje nasza przyjazn wziela w leb. 16 maja kolezanka Asia Skutnik przyprowadzila mi swoja znajoma Ewe, która bardzo dawno mi pomagala. Teraz zgodzila sie klasc mnie wieczorem za 10 zl. W ten sposób zycie moje troche sie unormowalo…………………………………………………….

17 maja przy ladnej, slonecznej pogodzie wstalam przy pomocy Pani Beaty z "MOPSU", a Ilonka przyniosla nam obiady z baru. Towarzyszyl Jej kolega Tomek, który od razu zdobyl moje zaufanie. Powiedzial, ze mam iskierki w oczach. Wtedy nie wiedzialam kompletnie, o co Mu chodzi. Udzielal sie w grupie Odnowy w Duchu Swietym w kosciele sw. Michala przy ul. B. Prusa. Bylam tam kilka razy z Beata. Wieczorem polozyla mnie do lózka Ewa.

18 maja przy pieknej pogodzie odbyla sie ewangelizacja w rynku. Troche bylam tym oszolomiona, ale poznalam nowe, sympatyczne osoby, a wsród Nich Mariole - pielegniarke z "OSTOI", która wieczorem polozyla mnie do lózka. Po krótkiej rozmowie okazalo sie, ze mamy wspólnych znajomych.

19 maja spakowalam z Mama piec toreb zabawek na Dzien Dziecka dla chorych dzieci ze szpitala. Wierzylam bowiem w to, ze ktos mnie tam zawiezie. Tego tez dnia odwiedzila mnie mila psycholog z "MOPSU", a nasza Beata i Bogusia przyniosly nam obiady. 20 maja zrobilo sie chlodniej. Rano podniosla mnie z lózka Edyta z "MOPSU", a potem wpadla Asia Bator. Dawno Jej nie widzialam. Wieczorem polozyla mnie do lózka Beata z Jackiem, bo Ewa nie mogla.

W niedziele 21 maja wystrojona przez Edyte poszlam z Piotrkiem Stanislawskim do kosciola. Potem zrobilam zakupy w "CARREFOURZE", gdzie zjedlismy obiad, a wejsc po schodach pomógl mi Janek Krasa. Wieczorem przyszla Ewa. 23 maja Pani Beata sie nie zjawila. Chcac nie chcac, zadzwonilam do Lucynki, aby pomogla mi wstac. Po poludniu Tomek z Darkiem, który ma samochód, zabrali mnie do kosciola na Msze sw. i grupe. W lózku znalazlam sie dzieki Marioli. 24 maja ochlodzilo sie, a slonce zaszlo za chmury. Rano zjawila sie Pani Beata z "MOPSU", nawet nie usprawiedliwiajac wczorajszej nieobecnosci. Wojtek podrzucil mi obiad i wode z pracy, a Ewa polozyla do lózka.

25 maja pocwiczylam trzydziesty raz z Panem Kamilem, a Marcin od Beaty przyniósl mi piekny tort na Dzien Matki. Wieczorkiem Lucynka z Malwinka mnie wykapaly. 26 maja w Swieto Wszystkich Mam wreczylam Mamie piekna begonie w doniczce, która kupila mi rano Pani Beata, i zlozylam zyczenia. Chcialabym, aby reka przestala Ja bolec.

Za oknem zaczelo sie powoli ocieplac, a drzewa juz dawno zazielenily sie. Aby mi sie nie nudzilo, Ewa przyszla z nowina: w poniedzialek idzie na zabieg i juz skonczy klasc mnie spac. No to znowu szukaj osoby? Oj, nie! Mam dosyc! 27 maja nastal upal, a mi sie nic nie chcialo. Dobijala mnie monotonia dnia codziennego, na która nie mialam wplywu. Rano umyla i ubrala mnie Edyta z "Mopsu", a Lucynka w poludnie zrobila lewatywe. Wieczorem Ewa ostatni raz polozyla mnie do lózka.

W sloneczna niedziele 28 maja wystrojona w lekkie ciuchy przez Edyte wybralam sie z Tomkiem Jarkiem na maraton po dusznym Wroclawiu. Zaczelismy od zakupów i obiadu w barze. Przy okazji dowiedzialam sie o otwarciu Jarmarku Swietojanskiego przy ulicy Swidnickiej i w Rynku. Tam tez zjedlismy dobre lody. Potem Tomek wzial z domu czepek plywacki i pokazal mi swoje umiejetnosci na basenie przy Hali "Orbita". Dawno nie bylam na tych plywalniach. Odswiezeni wzielismy udzial w ewangelizacji Ojca Johna Bashobory z dalekiej Ugandy. Wejscie zalatwil nam Tomek z Odnowy. Przepiekny Oltarz, tysiace ludzi, modlitwa o uzdrowienie trwajaca do póznych godzin nocnych wprowadzily mnie w inna rzeczywistosc. Nawet nie wiem jak sie znalazlam w lózku…………………………………………….

29 maja zaczela sie szarówka dnia codziennego. Przy upale Pani Beata z "MOPSU" umyla mnie rano i ubrala, a ja sie zdenerwowalam i z pomoca Lucynki zamówilam lekarke z przychodni, aby obejrzala Mamy reke. Tadek z Chrzastawy Wielkiej chcial naprawic awarie mojego komputera na odleglosc, ale nie mógl sie podlaczyc, a przez Wroclaw przeszla burza.

30 maja przy upalnej pogodzie poszlam na Msze swieta do kosciola sw. Michala przy ulicy B. Prusa. Poznalam tam wiele nowych osób. Ostatniego dnia miesiaca Bozenka Swiech poznala mnie z Basia.

I tak oto w kalendarzu nastal upalny czerwiec. 01 czerwca pojechalam jako trzeci "PAJACYK" do swoich malych podopiecznych w szpitalu im. Marciniaka przy ul. Fieldorfa na Stablowicach. Rano Irek zorganizowal mi Piotrka od busa, który zawiózl mnie na miejsce wraz z Bozenka Swiech i znanymi mi juz wolontariuszami. Radosc z przywiezionych zabawek i slodyczy byla wielka, a ja znowu mialam poczucie, ze zrobilam cos pozytecznego. Do domu wrócilam zmeczona, ale szczesliwa i swoje odczucia szybko przelalam na papier. Wieczorem Basia polozyla mnie do lózka.

I tu musze ze smutkiem stwierdzic, ze moja zacma w prawym oku szybko postepowala. Z trudem pisalam na komputerze i nie bardzo wiedzialam, co z tym fantem dalej robic? Cierpialy na tym moje kontakty na FB, bo po prostu ciezko mi bylo cokolwiek dojrzec, a ks. Grzegorz poprawial bledy literowe w moich tekstach. Basia przychodzila w poludnie i wieczorem, a Mama dalej walczyla z bólem reki.

Od momentu pojawienia sie u mnie dziewczyn kladacych mnie wieczorami do lózka - przyjaciele zalozyli taka czarodziejska koperte na przyslowiowy grosik. W ten sposób chcieli jakos pomóc. Nie powiem, abym sie dobrze z tym czula, ale nie mialam wyjscia. Nawet odmówilam juz z tego powodu gimnastyke z Panem Kamilem.

03 czerwca robilo sie coraz cieplej. W burzowa niedziele 04 czerwca w Dniu Zielonych Swiatek poszlam na Msze sw. do Dominikanów ze Staszkiem i z Tadeuszem. Myslalam, ze po burzy troche sie ochlodzi, a tu 05 czerwca dzien wstal cieply i sloneczny. Rano Pani Beata z "MOPSU" pomogla mi wstac, a Beata polozyla mnie wieczorem.

Od pewnego czasu moim ulubionym dniem tygodnia stal sie wtorek. 06 czerwca przy burzy Tomek zawiózl mnie na Msze sw. i grupe do kosciola sw. Michala. Nastepnego dnia - 07 czerwca - zamiast Basi w poludnie przyszla do mnie Lucynka, a do snu zaspiewala mi kolysanke Basia. 08 czerwca przyszla nasza Beata z Jackiem. Nastepnego dnia - 09 czerwca - przy nadal trwajacej upalnej pogodzie odwiedzila mnie Basia ze swoja córeczka Natalka. Wieczorem Lucynka zrobila nam zakupy, a mi lewatywe. W sobote rano - 10 czerwca - rozpadalo sie, ale pózniej wyszlo slonce. Edyta z "MOPSU" umyla mnie, a razem z Beata i Jackiem przyszla Pani Marzenka, która zajmuje sie prywatna Agencja Opiekunek "MARANTA".

14 czerwca Lucynka pomogla w toalecie i zrobila zakupy przed swietem Bozego Ciala. W ten piekny, upalny i sloneczny dzien 15 czerwca wybralam sie do kosciola Bonifacego przy pl. Staszica. Poznalam tam Anetke - siostre Ilonki - z trójka dzieci. Za chwile dolaczyl do nas Tomek i wyruszylismy z piekna procesja. Ukoronowaniem tego dnia byl koncert chrzescijanski "W Niebo Glosy" przy pl. Wolnosci. Uwielbialismy Boga pod rozgwiezdzonym niebosklonem do póznych godzin. Biedna Mama musiala sie przyzwyczajac do moich nocnych powrotów.

19 czerwca w 55 urodziny nie moglam oddychac. Rano ubrala mnie Lucynka, a ja poprosilam Joasie psycholog z oddzialu, aby wezwala pogotowie, a Marcin uruchomil swojego Wujka, który jest lekarzem ortopeda w stablowickim szpitalu. Ledwo przekonalismy Panów z karetki, aby mnie tam zawiezli. Na Izbie Przyjec juz czekal na mnie mily Wujek Marcina, a za chwile pojawila sie Joasia. W tych dziwnych okolicznosciach przyjelam zyczenia urodzinowe (telefon mi sie urywal od smsów, zrobili mi przeswietlenie barku i juz dojechal Marcin. Napoil mnie, nakarmil i chwile pogadalismy. Niestety musial jechac do pracy, a ja zostalam w sali z innymi pacjentami. Chcialam sie do kogokolwiek dodzwonic ze znajomych i prosic, aby mnie odebrali, ale nie bylo zasiegu. Wystawiajac komórke za okno, powiedzialam tylko Mamie, ze czekam na karetke. Po godz. 15. 30 zajrzala jeszcze do mnie Joasia psycholog i poszla do domu. Wynik przeswietlenia barku pozytywny - zlamania brak - tylko wynalezli przepukline przelyku i plyn w plucach. Nie zrobilo to na mnie wiekszego wrazenia, bo i tak nie pójde na operacje. Do domu dotarlam zmeczona i glodna. Po godz. 16.00. oprócz Mamy czekala na mnie Lucynka z ladnym kwiatkiem i bluzka. Nie mialam kiedy odpoczac, bo przyszli goscie z prezentami. Mile chwile uwiecznilam na zdjeciach. Wieczorem Basia polozyla mnie do lózka.

Nastepnego dnia 20 czerwca litosciwa Lucynka pomogla mi wstac. Po poludniu poszlam z Tomkiem i Darkiem na Msze sw. do kosciola sw. Michala, a potem na grupke. Czas spedzony przed Bogiem dobrze mi zrobil.

21 czerwca w imieniny Alicji przywitalismy kalendarzowe, upalne lato. Rano przyszla pani Beata z "Mopsu", przepraszajac za swoja wczorajsza nieobecnosc. W takich przypadkach powinni dac zastepstwo, ale u nas w Polsce to róznie bywa. W poludnie Ilonka przyniosla mi obiady, a Basia wpadla wieczorem.

22 czerwca niespodziewanie wysiadl nam telewizor, nad czym bardzo ubolewala moja Mama. W Dzien Ojca - 23 czerwca - zaczely sie wakacje. Niestety zrobilo sie chlodniej, a Emilka Ewy i Wojtka skonczyla 3 latka.

W sobote 24 czerwca zerwalam umowe z Agencja Opiekunek. Rano przyszla Pani Marzenka - szefowa "MARANTY" z nieco starszawa opiekunka - p. Janka. Obydwie wykrecily mi nadwyrezona juz lewa reke i w ten sposób zakonczylysmy nasza wspólprace. Przy kazdym ruchu czulam ból ramienia. W tej sytuacji musialam odmówic wyjscie z Ewa i Wojtkiem na obiad i zostalam w domu. W poludnie i wieczorem wpadla Monika, ratujac mnie masazem barku, a Piotrek Stanislawski naprawil nam telewizor, kupil obiad i przyniósl mi nowe spodnie.

25 czerwca zaczely sie upaly. Tej niedzieli Monika pomogla mi trzy razy, a w poludnie Tomek zabral mnie na pizze i do kosciola. Towarzyszyla nam Asia - Jego kolezanka z Warszawy. Bardzo mila dziewczyna. Wieczorem odprowadzilismy Ja na dworzec, skad odjechala.

26 czerwca wrócila do mnie Pani Beata z "Mopsu". 27 czerwca troszeczke pokropilo. Tego tez dnia wybralam sie z Tomkiem i Darkiem na Msze sw. i ostatnia, przedwakacyjna Agapowa grupe w kosciele sw. Michala. Spotkalismy tam Ilonke. Nie umiem tego wytlumaczyc, ale Tomek stal mi sie bliska i serdeczna osoba. Modlac sie z Nim, czulam taki spokój wewnetrzny i bylo mi dobrze. Dlugo bronilam sie przed ta niespodziewana przyjaznia, ale nie dalam rady. Przy okazji tego spotkania wreczylam Mu oryginalny, pachnacy Rózaniec i podziekowalam za to, ze stanal na sciezce mojego zycia. I nagle ktos do mnie podszedl i powiedzial cos, w co nie moglam uwierzyc. Dnia 01 lipca organizowali wycieczke do Miedzygórza i chcieli mnie zabrac. Szczesliwa zaczelam skakac z radosci, bo nadarzyla mi sie okazja do wyjechania za Wroclaw. Ile mozna zyc opiekunkami, zakupami i lewatywami. Moja dusza potrzebowala czegos wiecej.

Ostatniego dnia miesiaca - 30 czerwca - przy cieplej, deszczowej pogodzie przyszla do mnie zamówiona z przychodni pielegniarka i pobrala mi krew, a potem Pani Beatka pomogla wstac. Oprócz Basi w poludnie i wieczorem Marta Chowaniec z Piotrkiem podrzucili mi soczki i kanapki na wyjazd, a Marta Mironiuk pierogi. W ten sposób zostalam zaopatrzona na jutrzejszy wyjazd do Miedzygórza. O godzinie 19.00 zadzwonil Tomek i przez lzy mi powiedzial, ze nigdzie nie jade, bo w autokarze nie ma pasów i sprawnych hamulców. Rece mi opadly i przeplakalam cala noc. Po prostu grupa to sobie przemyslala i nie chciala mnie zabrac……………………………. Jak bardzo chcialam jechac do Miedzygórza, to jedynie sam Bóg wiedzial.

01 lipca wstalam z zapuchnietymi od placzu oczami, a rano przyszla Marta z Odnowy. Umyla mnie i ubrala. Aby zniwelowac smutek i zal postanowili z Tomkiem, który z nimi solidarnie nie pojechal, zabrac mnie na spacer. I tu przyszedl mi Bóg z odsiecza. Zadzwonil Piotrek Krajewski i pyta, czy chce jechac do ks. Grzegorza w Michalicach? Az mnie zatkalo. Tak! Chce! Na komórce odebralam pieknego smsa od Tomka. Stal sie on taka mysla przewodnia na dalsze tygodnie, miesiace i lata mojego zycia.

"Oto jest kolejne, niezawinione cierpienie, którego dostapilas. I co mozna z tym zrobic? Udawac, ze nic sie nie stalo? Nie, bo to zaprzeczanie prawdzie. I przeciez boli. Narzekac i oskarzac? Nie, bo ta droga prowadzi do wiezienia, w którym króluje nieprzebaczenie i zólc. Co zatem pozostaje? Ofiarowac cierpienie Bogu jako zadoscuczynienie. "Wezcie moje jarzmo i uczcie sie ode Mnie, bo jestem cichy i pokorny sercem a znajdziecie ukojenie" Za chwile przyjechal Tomek, zeszlismy po schodach na podwórko, gdzie zdenerwowana zjadlam pól kromki chleba, pomodlilismy sie i przyjechal Piotrek ze swoimi córeczkami. I tak oto calkiem niespodziewanie pojechalam na grilla do pieknych Michalic polozonych nad zalewem. Dzien byl udany, a wieczorem Tomek pomógl nam wejsc. I tak oto odkryl, ze potrafie chodzic. Do lózka polozyla mnie Monika.

Nastepnego dnia 02 lipca wydawalo mi sie, ze zostane sama, bo Tomek wyjechal na tygodniowy splyw kajakowy. Cieszylam sie, gdyz kazdemu nalezy sie wakacyjny odpoczynek, ale w okolicy serca pojawil sie cien smutku. Monika rano mnie umyla i ubrala, a po poludniu spotkala mnie mila niespodzianka. Wpadla Marta z Milenka i z Daivem. Rozmowa byla trudna, gdyz On nie zna jeszcze polskiego. Mala widzialam tylko na zdjeciach w Internecie. Teraz moglam Jej dotknac. Oj, bylo o czym opowiadac, oj bylo. Wieczorem przed polozeniem sie spac przy pomocy Moniki dostalam smsa od Tomka. Napisal, ze juz dojechal z kolegami na miejsce i od jutra zaczna plynac. Kazdego dnia az mu telefon nie padl dostawalam mile, pelne ciepla raporty, dzieki którym wiedzialam, ze wszystko jest w porzadku.

I tak sobie mijaly lipcowe, cieple i sloneczne dni, a ja czekalam na jakis cud i modlilam sie, aby ktos, gdzies mnie zabral z dusznego Wroclawia. 04 lipca pielegniarka z przychodni przyniosla mi wyniki badan. Niestety OB bylo za wysokie, bo ponad 100, co wskazywalo na stan zapalny w organizmie. Na domiar zlego zaczelam kaszlec. Spotkalam sie tez tego dnia z Agnieszka Rozek, która zrobila nam zakupy, a Basia polozyla mnie do lózka.

05 lipca pogoda sie popsula i zaczelo padac. Pani Beata z "MOPSU" rano nie przyszla i dopiero w poludnie podniosla mnie z lózka Lucynka. Potem nieco pózniej wpadla Basia. Zakupy podrzucila nam Marta z Piotrkiem. Wieczorem dla odmiany polozyla mnie Marta z Odnowy, bo chcialysmy sobie pogadac.

08 lipca W burzowa aure odwiedzila nas Ciocia Tusia z obiadem, a Monika przedostatni raz utulila mnie do snu. 09 lipca w upalna niedziele Piotrek Stanislawski zabral mnie do kosciola, a potem do "CARREFOURA" na obiad i po zakupy. Wieczorem dostalam smsa od Tomka, ze juz jest we Wroclawiu.

W poniedzialek - 10 lipca - Pani Beata z "Mopsu" nie przyszla, a mi pomogli wstac sasiedzi.

… przepraszam bardzo za te przerwe w opisywaniu roku, ale calkiem niespodziewanie dopadly mnie rózne choróbska. Jednym z nich byla postepujaca zacma w prawym oku. Nie moglam pisac na komputerze, bo litery mi sie dwoily i troily. Zaczela na tym cierpiec moja korespondencja na Facebooku, bo juz nic nie widzialam. W dodatku nikt mnie nigdzie nie wzial i pozostaly mi lipcowo-sierpniowe spacery z Tomkiem z Odnowy w Duchu Swietym przy kosciele sw. Michala Archaniola. W poblizu plynacej i skrzacej sie w sloncu Odry uczyl mnie nowych, pieknych rzeczy. Wykorzystywal do tego swój dar od Boga - dar Dobrej Rady. W naszych kontaktach przeszkadzal mi jedynie nasilajacy sie kaszel. Musialam wiec zrobic badania. Wysokie OB wskazywalo na stan zapalny w organizmie. Nalezalo go tylko znalezc, bo w tej sytuacji o usunieciu zacmy moglam zapomniec.

Mimo zlego samopoczucia 12 sierpnia pojawilam sie na kolejnym weselu w naszej Rodzinie. Slub wzieli Marcin i Karolina w trzebnickiej Bazylice sw. Jadwigi, a zabawa w nowo otwartym lokalu - "Stary Folwark" w Machnicach - trwala do bialego rana. Towarzyszyla mi Asia Bator …

I tak oto mijaly dni, tygodnie, a do mnie od 18 sierpnia zaczela rano przychodzic z "MOPSU" Pani Malgosia, bo Pani Beatka juz sie zwolnila. Szkoda. Wieczory zaczely natomiast "obstawiac" nowe, mile dziewczyny z ogloszenia. I tak poznalam Martyne, a potem Anne z Ukrainy. 20 sierpnia Tomek z "Odnowy" przy pochmurnej, ale cieplej pogodzie wzial mnie z Justyna na Msze sw. do Paulinów przy ul. Antoniego. Do lózka polozyla mnie Beata.

22 sierpnia nastal kolejny dzionek z piekna, sloneczna pogoda. Po poludniu Tomek wzial mnie na Msze sw. do kosciola sw. Michala przy ul. B. Prusa, a potem na grupke i modlitwe. Do lózka polozyla mnie Karolinka Bernas. I tak zakolataly dni powszednie, a ja czulam sie coraz gorzej. Mimo to w sobote 26 sierpnia wybralam sie z Jankiem Krasa pociagiem na wycieczke do Trzebnicy. Pogoda nam dopisala, porobilam zdjecia, zjedlismy dobra pizze, a do domu póznym wieczorem odwiózl nas bus. Na podwórku czekala juz Martyna. 27 sierpnia podziekowalam za ten czas na Mszy sw. u Dominikanów.

Kaszel sie nasilal, a 28 sierpnia dr Kwiecinska z przychodni zlecila mi badania. Nastepnego dnia - 29 sierpnia - poszlam na Msze sw. do kosciola sw. Michala przy ul. B. Prusa i na grupe. Do lózka polozyla mnie Dorota Lobodzinska. 30 sierpnia nadeszly potworne upaly, a mysmy z Mama spakowaly kolejna torbe zabawek i slodyczy dla dzieci ze szpitala im. Marciniaka przy ul. Fieldorfa we Wroclawiu. Czwartego "PAJACYKA" zawiózl 31 sierpnia Mateusz z Klodzka. Byla ogromna radosc. Nastepnie pojechalismy na dobry obiad do baru, a wieczorem do lózka polozyla mnie Martyna………….

31 sierpnia pojechalam z Mateuszem z Klodzka jako czwarty "PAJACYK" do dzieci z oddzialu neurologicznego w szpitalu im. Marciniaka przy ul. Fieldorfa we Wroclawiu. Zawiozlam im zabawki, slodycze, artykuly szkolne. Wszystko sie podobalo. Chwile pogadalam z Asia psycholog i niechetnie wyszlismy z Mateuszem na potworny upal. W drodze do domu zjedlismy dobry obiad w barze przy Traugutta, a ja zrobilam zakupy w "Biedronce". Aby jeszcze pokrzepic nasze ciala, wypilismy lemoniade w nowym lokalu. Nastepnego dnia skonczylam pisac artykul i wyslalam go Ksiedzu Grzegorzowi.

Wrzesien uplynal mi pod znakiem badan i szukania przyczyny stanu zapalnego w organizmie. Wyniki wciaz byly zle. Tomek z Odnowy zalatwil mi transport do laryngologa. 08 wrzesnia przejechalam sie karetka do przychodni przy ulicy Stalowej. Nigdy tam nie bylam. Niesympatyczna Doktor laryngolog nic nie znalazla. Wszystkie te badania zlecil mi lekarz rodzinny - dr Kwiecinska z przychodni przy pl. Dominikanskim, która odwiedzila mnie 13 wrzesnia. Tego tez dnia wpadl niespodziewanie Mateusz z Klodzka i kupil obiad.

Wrzesien, a wraz z nim koniec wakacji, zaczal sie brzydka, chlodna pogoda. 03 wrzesnia mimo niespokojnej aury, wybralam sie z Tomkiem do kosciola przy pl. Dominikanskim, a potem na dobry obiad. Wieczorem Beatka polozyla mnie do lózka. 05 wrzesnia poznalam nowego, sympatycznego ksiedza Jerzego, który objal przewodnictwo grupy w kosciele sw. Michala. Urzekl mnie swoim charyzmatem Ducha Dobrej Rady. Slicznie mówil o Milosci Bozej. Na malej grupie takze staralam sie otworzyc i analizowac Slowo Boze.

Nastepnego dnia Pani Malgosia z "MOPSU" umyla mnie i ubrala, a pielegniarka z przychodni pobrala krew. Na wynik nie czekalam dlugo. OB bylo za wysokie (60…) No, zaczelo sie szukanie stanu zapalnego w organizmie. 08 wrzesnia karetka zabrala mnie do laryngologa przy ul. Stalowej. Badanie nic zlego nie wykazalo. Cieszylam sie wiec pieknym sloncem, bo sie ocieplilo. 10 wrzesnia Darek z Michalem wzieli mnie na Msze sw. do kosciola przy ul. sw. Antoniego, a w poludnie wpadl Jacek z Beata. 12 wrzesnia pojechalam na spotkanie w kosciele sw. Michala przy ul. B. Prusa. Pogoda byla w kratke - raz cieplo, raz zimno.

16 wrzesnia Beata z Jackiem zabrali mnie do swojej pracy w "ONKOMED" przy pl. Hirszfelda na USG i mammografie piersi. Deszczowa pogoda tworzyla idealne tlo do wyroku, jaki uslyszalam: nowotwór… Swiat mi sie zawalil. Pierwsza osoba, która sie o tym dowiedziala, byl Tomek z Odnowy w Duchu Swietym. Zaniemówil. I teraz jak to wytlumaczyc 89-letniej Mamie…?

17 wrzesnia zaczal sie placzem. W niedziele poszlam na Msze sw. z Tomkiem do Paulinów, a potem na kolacje. Nastepnego dnia, 18 wrzesnia, odwiedzil mnie Ksiadz Grzegorz z Michalic, a 20 wrzesnia wieczorem wpadl Tomek z Odnowy wraz z dziewczyna z kosciola na modlitwe o moje uzdrowienie. W sobote 23 wrzesnia pomimo paskudnej pogody, aby nie myslec o chorobie, wybralam sie z Jankiem Krasa do "CARREFOURA". Rano przychodzila Pani Malgosia z "MOPSU", a wieczorem dziewczyny. 26 wrzesnia poszlam na Msze sw. do kosciola sw. Michala przy ul. B. Prusa i w ten sposób bronilam sie przed choroba, która calkowicie zdominowala moje zycie…………

28 wrzesnia Beata zabrala mnie do przychodni "ONKOMED" na biopsje do Dr. Marka Rzoncy. Pobranie plynu bolalo, ale jakos wytrzymalam, czyli powtórka z roku 2008. I tak mijal czas - za oknem wyszlo slonce, nastala zlota polska jesien. 30 wrzesnia odwiedzil mnie Jedrek Nadolny, który przyjechal z Niemiec i wzial mnie na spacer…………………………………………………………

Pazdziernik przywital nas sloneczna pogoda, a 01 biezacego miesiaca odwiedzili nas Jola z Arkiem ze Swidnicy i przywiezli mi swoje krzeslo na kólkach, bo moje sie juz wysiedzialo. Po poludniu Tomek z Justyna zabrali mnie na Msze sw. do sw. Michala. I tak chodzilam, modlilam sie, a zlowrogi kaszel mnie nie opuszczal. W tym wszystkim duzym wsparciem byli odwiedzajacy nas z Mama znajomi i przyjaciele. 06 pazdziernika Beata przyniosla wynik biopsji: rak watroby i piersi. Przede mna chemioterapia. Nastepnego dnia odwiedzila nas Ciotka Bogusia z Nowej Soli, a 08 pazdziernika przystapilam do Spowiedzi sw. Czulam sie strasznie - nic, tylko szykowali mnie na smierc, a ja zylam i zylam………………………………

I tak nadszedl 14 pazdziernika - dzien Pieszej Pielgrzymki do grobu sw. Jadwigi w Trzebnicy. Pogoda piekna, a ja nie mialam sily wedrowac od rana. Poprosilam wiec kolezanke, aby zawiozla nas z Beatka z "ARKI" samochodem na Msze sw. pod golym niebem. Tam odebrali nas Tomek i Marcin. Spotkalam wielu znajomych i zalowalam, ze nie poszlam od poczatku. 15 pazdziernika minelo 27 lat od smierci Taty, a mnie rano zabrali do siebie Jola z Arkiem ze Swidnicy. Piekny dzien. Msza sw. w kosciele i wycieczka do Szczawna-Zdroju, gdzie spotkalam sie z Karolina i Marcinem z Walbrzycha, pozwolily mi zapomniec o bólu.

Juz jakis czas temu zrodzila sie mysl, abym na czas chemioterapii poszla do Hospicjum Bonifratrów przy ul. Poswieckiej 8a we Wroclawiu, gdzie Tomek byl wolontariuszem. Karolinka zadzwonila do prof. Ali Chybickiej, aby zalatwila mi tam miejsce. Czekajac na nie, 19 pazdziernika pojechalam rano z kuzynka Beata do szpitala przy ul. Kamienskiego. Znana mi Dr Garncarek po obejrzeniu wyników zlecila 12 chemii. Tego dnia przyjelam pierwsza z nich, po zalatwieniu wszystkich formalnosci. Ze wzgledu na to, ze bylam na czczo, w szpitalnym barze zjadlysmy dobra jajecznice. W domu dostawalam zastrzyki na rozrzedzenie krwi. Wykonywaly je Beata z Lucynka…………………………………

Na przyjecie do Hospicjum Bonifratrów nie czekalam dlugo, bo juz dnia 24 pazdziernika odwiozla mnie tam karetka Beata. Pozegnalam Mame z lezka w oku i po paru godzinach zaczelam nowe zycie-zgon, które mnie totalnie zaskoczylo. Znalazlam sie wsród starszych, obloznie chorych osób, a widmo smierci krazylo po korytarzach. Poczatkowo znajomi odwiedzali mnie czesto, pokonujac komunikacja miejska duza odleglosc z miasta. Mame przywieziono do mnie tylko raz tuz przed Jej urodzinami 11 listopada. W kazdy czwartek rano Beatka zabierala mnie na kolejne chemioterapie w szpitalu przy ul. Kamienskiego. Bylo to latwiejsze niz w domu, gdyz hospicjum dysponowalo winda.

W kazdej tez chwili moglam wyjsc na powietrze. Pomagala mi w tym znaleziona przez "Odnowe w Duchu Swietym" mila Ilonka. Drobne zakupy robilam w pobliskim "Dino", a kiedys na parkingu spotkalam Pana Rogale - swego rehabilitanta z Trzebnicy. Pracuje w tutejszym sanatorium. Malo tego - w sali obok lezala Pani, która odwiedzala byla pielegniarka z trzebnickiego sanatorium, Pani Zosia. Poznala mnie po tylu latach! Milo… W ten sposób spotykalam starych znajomych. W duszy tesknilam jednak za domem, za Mama.

Opieke lekarska mialam dobra, a wolny czas spedzalam w pracowni terapii zajeciowej. Po chemioterapii zaczelam tracic wlosy. Dla wygody Renia Jedrusik ogolila mi glowe. Chodzilam wiec w czapeczkach. Za oknem robilo sie brzydko i zimno, a dni byly coraz krótsze. W kalendarzu nadszedl Adwent. Dwa razy odwiedzil mnie ks. Grzegorz z Michalic.

Aby czyms sie zajac, zorganizowalam wsród znajomych w kosciele sw. Michala zbiórke rzeczy dla hospicjum. Po Mikolaju wreczylam je Dyrektorowi wraz z 450 zl. Wtedy tez oswiadczylam, ze na Swieta wypisuje sie na wlasne zadanie. Mialam obiecac, ze na dwie chemioterapie w styczniu moge dojechac z domu. Moja decyzja zaskoczyla wszystkich, ale byla nieodwolalna. Pani Jadzia poznana w hospicjum obiecala mi, ze bedzie do mnie przychodzic, zanim nie zalatwie opiekunki z "MOPSU"……………………………….…

I tak oto dnia 23 grudnia z tobolkami (troche sie tych rzeczy uzbieralo) znalazlam sie w domu, dokad zabrali mnie Beata z Jackiem. Uff! Znajomi zaopatrzyli nam lodówke, a Piotrek Stanislawski podlaczyl laptopa. Wigilie Bozego Narodzenia spedzilysmy z Mama u Jacka i Beaty, a Swieta w domu. Co chwile ktos wpadal. Po Swietach Jedrek Nadolny wzial mnie do Rynku, gdzie budowali scene na Sylwestra. 31 grudnia Tomek z "Odnowy" wzial mnie do Paulinów na Msze sw., a potem na obiad. W miedzyczasie poznalam mila Ukrainke - Pania Natalie z Tarnopola - która od 29 grudnia zaczela do mnie przychodzic wieczorami za 15 zl. Zalatwila ja Asia Skutnik.

Wracajac do Sylwestra, po poludniu siedzialam i pisalam pamietnik, a tu dzwoni Piotrek Krajewski, ze organizuja Sylwestra w swoim nowym domu we wsi Wilkszyn, moga mnie wziac. Mama sie przerazila, ale Bóg mi pomógl, bo akurat przyjechal Wojtek z Ewa z obiadem i po chwili bylam w samochodzie.

- Kasia -


Wroclaw, dn. 31. grudnia 2017 roku